środa, 1 stycznia 2020

I nastał nowy rok!


Witam się z wami w nowym roku. Oh! Przecież to aż cały rok się nie widzieliśmy…
A tak na poważnie, to sylwester przebiegł spokojnie, bez większych ekscesów i jedyna osoba, która dzielnie się trzymała, ale jednak nie wytrwała do północy, to nasza najmłodsza. Gdzieś w okolicach 23:30 wtuliła się między mnie i męża. Powiedziałam do niej, że chyba jest śpiąca, na co usłyszałam kategoryczne nie, po czym po 2 sekundach już spała. Prychnęłam śmiechem, ale tylko lekko poruszyła powiekami i spałą twardo. Nie obudziły ją nawet wystrzały fajerwerków atakujące nasz dom z każdej (dosłownie) strony.
Wraz ze starszą córcią i mężem wypiliśmy po „lampce” Piccolo, zapaliliśmy małe zimne ognie, złożyliśmy sobie życzenia i odstawiliśmy córcię do spania . Pierworodny spędzał sylwestra u wujostwa ze swoim kuzynostwem.

Ale, ale! Żeby dać dowód temu, że ostro zabrałam się za swoje noworoczne postanowienia czytelnicze poniżej dwa zdjęcia.



Tak, tak. Zgadza się wszystko(choć na pierwszym zdjęciu godzina mało wyraźna). Pierwsza pozycja przeczytana, odhaczona i odstawiona ;). Na początek było coś lekkiego, pozytywnie nastawiającego i zabawnego. Jednak po północy przeczytałam 40 stron, a dziś pozostałe 160 ^^. Wiem natomiast, że teraz już będzie dużo trudniej, bo jutro niestety ciężki powrót do rzeczywistości po długim wolnym (czytaj. Szkoła, przedszkole, praca i obowiązki domowe, które można było odłożyć na kiedy indziej...@_@)
Dam radę, kto, jak nie ja!

A tak na marginesie, to uruchamiając sprzęt, by odpalić bloga, rzucił mi się w oczy mój pulpit… który już nawet nie prosi się, ani nie krzyczy, a drze się niemiłosiernie, żeby go uprzątnąć. Jest na nim wszystko począwszy od kolorowanek dla dziewczyn, które znalazłam w necie i ściągnęłam by im wydrukować, poprzez materiały szkolne starszego, śmieszne obrazki i jakieś memy wysyłane przyjaciółkom, po mnóstwo moich pracowniczych spraw typu wzorów, rysunków, pomysłów i tekstów…
No to może zacznę powoli wdrażać się do roboty oraz codzienności i zrobię sobie (i pulpitowi) tę przyjemność… No zrobię ten porządek, zrobię. I to od razu, żeby nie było.
Do następnego ^^

Pozdrawiam,
Agafi

wtorek, 31 grudnia 2019

Sylwestrowo noworocznie


Obiecałam i jestem ;). Nowy rok za pasem. Już dziś żegnamy stary 2019, a witamy nowy 2020 rok. Co nam przyniesie?. Tego nie wie nikt, możemy mieć jedynie nadzieję i mocno wierzyć w to, że będzie lepszy od poprzedniego i przyniesie nam wiele radości.
Sobie i wam życzę, aby w nowym roku spotkało was wiele dobrych chwil, które pozostaną w pamięci do końca życia. Pamiętajcie przy tej okazji, aby w złych momentach przypominać sobie właśnie te odrobinki dobroci świata i życia! Najważniejsze to cieszyć się tym co mamy i co dobrego nas spotkało, zamiast zamartwiać się czego nam brak i co nas przytłacza. Ja osobiście zawsze żyję właśnie w taki sposób ^^. Uwierzcie, że to o wiele ułatwia człowiekowi życie i poprawia samopoczucie.
Kiedy jest mi źle, to wiem, że to w końcu minie, że nie będzie trwało wietrznie, a przecież spotkało mnie mimo wszystko tak wiele dobrych, fascynujących i cudownych rzeczy! Mam tak wiele. Nie bogactwa, nie sławę i zaszczyty, ale kochającą rodzinę, zdrowe dzieci, cudownego męża, wiernych przyjaciół, swoje pasje i możliwości rozwijania ich. Tego nikt nie może mi odebrać, skoro w to wierzę i podążam swoją ścieżką, do własnych wyraźnych celów.

Skoro już przy celach jesteśmy :P. W tym roku jak i w poprzednim nie stawiam sobie wygórowanych osiągnięć. To co jest pewne to dalsze rozwijanie się zawodowe – tym razem w moich ukochanych kierunkach pedagogicznych. I tu już w styczniu pierwszy cel zostanie osiągnięty, ale o tym opowiem, jak już będę po ;).
Drugą sprawą jest magiczne wydłużenie doby i znalezienie czasu na czytanie, czego strasznie mi brakuje i w tym roku nie wyszło, jak chciałam. Mało tego siostra mnie zawstydziła na potęgę, bo mimo iż pracuje na pełny etat i ma dwójkę dzieci w wieku szkolnym, to przeczytała w tym roku 63 książki O_o przy czym zaznaczyła, że i tak nie osiągnęła swojego celu, bo chciała czytać 100 książek rocznie. Choć szczerze, to niektóre z tych pozycji powinna liczyć za dwie lub trzy książki, bo wiem, że przeczytała kilka takich po 600 stron ^^’.
Tak na marginesie, to wiecie, że 100 książek rocznie, to po ponad 8 książek miesięcznie?. Jak doliczę te czytane dzieciom to może się zmieszczę choć w połowie ^^.
Ja sobie już utworzyłam swoją małą „wierzę wstydu” na dobry początek roku, więc trzymajcie za mnie mocno kciuki. A może ktoś ma ochotę dołączyć do wyzwania? 
Moja siostra co roku robi tzw. wyzwanie czytelnicze pod tytułem WIELKOBUKOWE BINGO(dostępne na stronie i FB "Wielki Buk") :). Fajna sprawa dla moli książkowych, którzy chcą sobie uatrakcyjnić czytelnictwo, trochę ruszyć głową i nie zatrzymywać się tylko i wyłącznie na jednym gatunku czy rodzaju książek.

A oto moje małe zapasy, które ostatnio zdobyłam:

Podsumowanie roku nie jest obecnie tak rozbudowane, jak rok czy dwa lata temu, ale wydarzyło się kilka pozytywnych zmian, które mogą pociągnąć za sobą kolejne na przyszłość.
U mnie bez większych zmian praca ta sama, własna działalność, którą w dalszym ciągu staram się rozwijać i mocno wierzę, że w końcu uda się ruszyć z kopyta.
Mąż zmienił pracę w połowie roku i mamy go w domu dużo mniej mogłoby się wydawać, ale jednak warunki są naprawdę dobre i teraz mieliśmy go dla siebie na cały okres świąteczno – noworoczny :), a i ferie zimowe zapewne uda się nam spędzić razem. Po za tym wiecie jak jest. Zadowolenie z pracy wiele daje człowiekowi i sprawia, że staje się spokojniejszy, bardziej radosny i pełen chęci do wszystkiego. Dlatego cieszę się, że jest tam, gdzie jest, bo dzięki temu widać, że czuje się szczęśliwy i spełniony.
U dzieci bez większych zmian, choć najmłodsza rozpoczęła we wrześniu przedszkolne życie małego rozrabiaki ;), a średnia powoli wychodzi ze swoich problemów edukacyjnych związanych z deficytem uwagi, ale o tym też może innym razem :).

Ze śmiesznych anegdotek z naszego domu, to ostatnio mąż się wpakował w niezłą kabałę. A mianowicie najmłodsza latorośl od dłuższego czasu ciągle powtarza kto w domu jest dziewczynką, a kto chłopczykiem. I tak się przed świętami zdarzyło, że rozmawiała o tym z tatą. Oto co wynikło z rozmowy:
D: Ja jestem cinką? (tak, to określenie na dziewczynkę)
T: tak.
D: A Ty jesteś chopcykiem?
T: tak, ja jestem chłopczykiem.
D: A mamusia, jest cinką!
T: tak, mamusia jest dziewczynką.
D: A Gaba jest cinką?
T: tak, Gaba jest dziewczynką.
D: a Lafał jest?
T: Trollem

i tak już zostało -_-’. Teraz się musi mąż z tego wyplątać, bo mała cały czas mówi, że brat jest trollem ;P. Na szczęście główny zainteresowany wciąż się z tego śmieje i mu to nie przeszkadza, jakoś zbytnio ^^’. Ot taki nastoletni troll :P, a niezłym poczuciem humoru zresztą. Ale prawda jest taka, że małą też robi to z premedytacją, bo akurat pod względem charakterów i poczucia humoru to ze starszym bratem są bardzo do siebie podobni. W tej drugiej kwestii powiedziałabym nawet, że identyczni - dwa małe śmieszki.

I tym pozytywnym akcentem ^^ pora chyba zakończyć moje sylwestrowe wywody. Zatem życzę wam na nowy nadchodzący rok pod znakiem szczura (pierwszego z zodiakalnych zwierząt chińskich) wszystkiego dobrego, spełnienia wszelkich marzeń – zarówno tych małych, jak i tych dużych i ogromnych – dużo zdrowia i stabilności finansowej, co by nie brakowało wam podstawowych do przetrwania rzeczy ;).

Pozdrawiam,
Agafi

wtorek, 24 grudnia 2019

Wesołych Świąt Bożego Narodzenia!

      Moi kochani!

    Chciałabym życzyć wam wszystkiego co najlepsze, zdrowych, podobnych, wesołych, a przede wszystkim spędzonych w gronie rodzinnym świąt Bożego Narodzenia!!

A przed nowym rokiem jeszcze się odezwę ;)



Pozdrawiam,
Agafi!

niedziela, 15 grudnia 2019

Jak to się niewiele zmieniło od kiedy byłam dzieckiem ^^


Wiecie, kiedy byłam dzieckiem marzyłam o tym, żeby w przyszłości zostać weterynarzem. Zresztą wszyscy, którzy mnie znali (niezależnie od ich wieku), byli święcie przekonani, że tak właśnie się stanie. Byłam zawsze tam, gdzie były jakieś zwierzęta i nie miało dla mnie znaczenia czy są to domowe stworzonka(psy, koty, króliki, chomiki, świnki morskie, szczurki, myszki itp.) czy dziko żyjące stwory wszelkiego rodzaju (jaszczurki, ptaki, dzikie koty, myszy, koniki polne, chrząszcze majowe, mrówki i inne). Sama również sprowadzałam do domu mnóstwo zwierząt, choć nie mieliśmy zbyt wiele przestrzeni. Nasz dom zaliczył psy, kota, myszki, szczurki, chomika, papugi Faliste i Nimfę, rybki różnej maści i rodzaju, żółwie wodno - lądowe, żaby (przyniosłam do domu nawet skrzek, z którego wykluły się kijanki, a gdy przerodziły się w małe żabki, wypuściłam do lasu…), ślimaki i Bóg jeden pamięta, co jeszcze ^^’. Pamiętam, że raz przytaszczyłam do domu zwinkę – taka jaszczurka zielona – i prosiłam mamę czy mogę ją zatrzymać, oczywiście nie otrzymałam na to zgody.
Niestety życie nie pozwoliło mi spełnić tego marzenia, choć nadal zwierzęta pełnią w moim życiu ważną rolę, choć potrafię do nich „dotrzeć”, potrafię je odrobaczać i szczepić (również konie, żeby nie było, że banał ^^) oraz opatrywać ich rany.
Jako małą dziewczynka „operowałam” swoje pluszaki czego nauczyła mnie mama za pomocą igły i nici. Czyli nie robiłam nic innego, jak zaszywałam w nich powstałe dziury. Ależ to byłą frajda! Mogłam nie tylko udawać, że leczę pluszaki, ale naprawdę je ratować.
Dziś w ten niedzielny dzień, gdy najmłodsza latorośl przyniosła mi dwie swoje małe zabawki do naprawy, bo powstały w nich dziurki z powodu puszczenia szwów (i zapewne, jak znam życie, wpychania małych paluszków ^^) przypomniałam sobie właśnie tamte chwile z mojego dzieciństwa. W głowie pojawiła się myśl, która wywołała mimowolnie uśmiech na ustach „Kto by pomyślał, że w dorosłym życiu nadal będę właśnie w taki sposób operowała zwierzaki” ;).
Odkąd mam dzieci już niezliczoną ilość razy ratowałam różnego rodzaju pluszaki, i materiałowe zabawki. To dlatego też po założeniu firmy, a przed wakacjami jeszcze uruchomiłam w niej „Klinikę dla pluszaków” ^^. Na razie nie cieszy się może zbytnią popularnością, ale w jednym z vlogów na youtube pokazywałam małe jej efekty. Od tamtej pory naprawom zostały poddane również inne zabawki i przedmioty, a także ubrania.

Zboczyłam z tematu ciupkę. Ogólnie chciałam przekazać wam tę myśl, jak to zatacza się koło i jak dziwnie plotą się ludzkie losy. Wtedy nigdy bym nie pomyślała, że w przyszłości będę tworzyć i szyć zwierzaki, a nie je ratować i leczyć. Teraz niczego nie żałuję, ani nie odczuwam bólu czy nawet nie wzdycham z rozczuleniem, że mogłam być tym weterynarzem, choć wciąż kocham zwierzęta tak samo mocno, jak wtedy.

Pozdrawiam,
Agafi

środa, 11 grudnia 2019

Koniec roku tuż tuż.


 Nastał grudzień i koniec 2019 roku nadchodzi wielkimi krokami. Aż strach, jak sobie człowiek uświadamia, jak szybko ten czas leci. A jeszcze bardziej jest człowiekowi wstyd, że ostatnio byłam tu w kwietniu (wstyd, wstyd…). Jednak nie zapomniałam i nie porzuciłam bloga. Tysiące razy miałam sytuację, w której jakaś myśl w głowie powodowała, że uruchamiało się we mnie „Muszę o tym napisać na blogu!”. Niestety brakło czasu. Ciągle coś się działo, były rzeczy ważniejsze, pilniejsze lub zwyczajnie dopadało mnie zmęczenie.
Z nastaniem miesiąca czerwca zostałam słomianą wdową, która ma swojego mena na weekendy i święta, a co za tym idzie na głowie mam trójkę dzieci, szkołę, naukę, dom (i wszystko co z nim związane), zabawy, prowadzenie działalności, a od końca sierpnia również przedszkole.
No dobra w wakacje miałam męża na 6 tygodni w domu, ale ze złamaną nogą… W ogóle te wakacje to był czas pod znakiem lekarzy, zabiegów i wypadków. Najpierw ja skręciłam palec u ręki, potem mąż złamał nogę, a na dokładkę miałam guzka po wewnętrznej stronie wargi, którego musiałam usunąć. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i bez większych czy dalszych konsekwencji. Co dla mnie najważniejsze, te wszystkie przypadłości nie dotyczyły moich dzieci (ufff!!).

Jakoś tak wszystko się poukładało, że oczywiście nie udało mi się wypełnić moich założeń zgodnie z terminami, które sobie poukładałam w głowie z początkiem roku. Żadna to wymówka i bardzo chciałabym to teraz szybko nadrobić, co mam nadzieję uda mi się zrobić. Pierwszy krok już wykonałam, piszę do was ;). Kolejne koniecznie muszę zrealizować w najbliższym czasie, a wśród nich nowy filmik na youtuba (niech mi starczy sił i czasu!).

Po za tym, że jak większość ludzi cierpię na całkowity brak czasu i chyba już chroniczne zmęczenie, to nic nowego u mnie nie słychać. Dalej szyję, dalej sprzedaję i robię zdjęcia ;). Dalej staram się pisać, choć tylko raz miałam na tyle czasu i sił by faktycznie do tego mocno przysiąść. Trzymajcie kciuki, żeby teraz było tylko lepiej :)


Poniżej kolejna część opowieści.


"Była tak wściekła, że nie było sensu więcej próbować, przynajmniej nie teraz. Artur zrozumiał, że popełnił gafę, próbując odgadnąć jej stan. Za wszelką cenę chciał ją zatrzymać i wpakował się na minę co rusz zmieniając taktykę swojej gry. Tym razem musiał odpuścić. Anna kazała mu odwieźć się do domu i ruszyła w stronę, gdzie zaparkowany był samochód. Patrzył w krok za odchodzącą dziewczyną. Wewnątrz czuł strach i złość na siebie samego. Jeszcze nigdy nie czuł czegoś podobnego. Pierwszy raz w życiu tak zależało mu na kimś. Pierwszy raz czuł się tak podle z powodu swojego zachowania. Przez głowę przemknęła mu jeszcze jedna myśl – jeśli Anna opowie o wszystkim Wiktorowi, brat zabije go…

* * *

Anna wróciła do domu pełna gniewu, nie miała jednak zamiaru pokazywać się w takim stanie Wiktorowi. Na pewno próbował by w dobrej wierze, wyciągnąć z niej wszystko, a ona potrzebowała teraz na spokojnie sobie wszystko poukładać w głowie. W samotności i bez świadków i doradców. Było jeszcze dość wcześnie, choć na zewnątrz bardzo już ciemno. Bardzo cicho otworzyła zamek w drzwiach zanim jednak nacisnęła na klamkę wzięła głęboki oddech.
Na szczęście Wiktora nie było w salonie, ani na tarasie. Wkradła się niemal do swojej sypialni i zgasiła światło. Długo leżała w łóżku nie mogąc zasnąć i prychając niczym dzika kotka za każdym razem, gdy wspominała dzisiejszą rozmowę z Arturem. Nie mogła pojąć, jak mógł być takim arogantem i oszustem. Jak można mówić o miłości, gdy bez skrępowania oszukuje się drugą osobę.
Bardzo chciała zasnąć, zapomnieć o tym wszystkim. Przecież skoro nic do niego nie czuła, to nie powinna w ogóle się tym przejmować, jednak nie potrafiła. Jak typowa kobieta rozmyślała o całym zdarzeniu, o minionym dniu i zastanawiała się, jak w ogóle do tego wszystkiego doszło, czy była w tym jej wina?. Nienawidziła niewyjaśnionych spraw, nie chciała również, aby ktoś obwiniał ją za brak chęci naprawienia… Czego? Co właściwie miałaby naprawić? Związek, który od dawna był farsą?
Kolejny dzień spędziła wraz z Wiktorem w pracy. Doskonale udawała, że wszystko jest w najlepszym porządku, choć wewnątrz niej wciąż wszystko się gotowało na wspomnienie minionego wieczoru. Mieli na szczęście sporo pracy, więc mogła przynajmniej trochę oderwać się od tego wszystkiego. Nie chciał być zbyt nachalny, dlatego nawet nie poruszał tematu wczorajszego spotkania z jego bratem.
Ona skończyła pracę tak, jak zwykle, Wiktor musiał zostać dłużej. Dziewczyna wróciła do domu sama. Współlokator ostrzegł, że może wrócić późno. Nie chciał aby czekała a niego z jedzeniem.
Była godzina 21, gdy do domu ktoś zapukał. Anna siedziała, jak zazwyczaj w salonie z nosem w książce. Nie spodziewała się nikogo, a już na pewno ie o takiej porze. Pomyślała, że by może Wiktor zostawił gdzieś klucze i to on. Odłożyła książkę na ławę i ruszyła do drzwi. Nie spojrzała przez wizjer, a kiedy otworzyła drzwi ujrzała Artura. Nie zdążyła nic powiedzieć, bo wszedł do środka żwawym krokiem. Zamknął za sobą drzwi, a ją pociągnął za sobą do salonu. Czuła od niego alkohol. I to bardzo intensywnie.
- Co Ty tutaj robisz? - zawołała wyrywając mu swoją rękę z uścisku.
- Musimy porozmawiać.
- Ja niczego nie muszę, a Ty jesteś kompletnie pijany!
- To przez Ciebie.
- Co proszę? - nie ukrywała oburzenia.
- Anno, kocham Cię. Nie możesz ode mnie odejść!
- Nie zamierzam więcej do tego wracać. Wyjdź i zamknij za sobą drzwi – mówiąc to odwróciła się i ruszyła w stronę schodów na piętro.
Zatrzymał ją siłą.
- Zerwałem z Alicją! Zerwałem z nią na dobre. Dla Ciebie zrobię wszystko.
- Arturze puść mnie natychmiast. Nie ma w ogóle o czym mówić!
- Kocham Cię, a Ty kochasz mnie. Wiem to, nie zaprzeczaj. Musisz dać mi szansę!
- Już Ci powiedziałam, że niczego nie muszę. Zostaw mnie i wyjdź.
Dziewczyna miała pewność, że jest kompletnie zalany. Poznawała to nie tylko po zapachu, ale również po zachowaniu, ruchach i agresji, jaka od niego zaczynała bić coraz bardziej. Próbowała ponowie się wyrwać, ale nie pozwolił jej na to. Przyciągnął ją do siebie.
- Wiem, że mnie pragniesz. Każda tego chce i Ty też.
- Oszalałeś?
Z całej siły rzucił ją na kanapę i zanim zdążyła się podnieść chwycił za nadgarstki i uniósł jej ręce do góry przyciskając do bocznego oparcia. Próbowała ze wszystkich sił się uwolnić, ale był od niej dużo silniejszy. Była przerażona i zszokowana tym, co się działo. Zupełnie nie wiedziała, jak zareagować. Szarpała się, by jakoś go zrzucić z siebie, ale to zdawało się go tylko pobudzać jeszcze bardziej. Szepnął jej, aby nie udawała takiej niedostępnej. Chciało się jej płakać. Coraz mniej miała siły, coraz bardziej czuła, jak słabnie, a on to wykorzystał. Jedną z rąk puścił, by zacząć ją rozbierać. Chciała go odepchnąć, ale nie dawała rady, był zbyt ciężki, a ona zbyt słaba. Już dawno przestała krzyczeć. Miała wrażenie, że ta walka trwa już niemiłosiernie długo. Oddychała coraz ciężej, a on rozpiął kilka guzików jej bluzki odsłaniając biustonosz. Potem sięgnął ręką do wnętrza jej spodni, a ustami chciał ją pocałować, ale odwróciła głowę w bok przymykając oczy, więc zaczął całować jej szyję. Otworzyła oczy i zobaczyła Wiktora, który stał przy barierce schodów jedną nogą na pierwszym stopniu. Patrzył na nich przez moment, ale zaraz ruszył na górę.
- Wiktor... - próbowała za nim krzyknąć, ale jej głos był tak słaby i zachrypnięty od wcześniejszych krzyków, że ledwie wypowiedziała cokolwiek. Mężczyzna nie zatrzymał się i zaraz zniknął na górze.
Ta chwila jednak wystarczyła. Artur usłyszał jej ciche wołanie i wystraszony, na moment przerwał. To dało jej pole manewru. Zrzuciła Artura z siebie na podłogę i zerwała się resztkami sił, uciekając na schody. Prawie się na nich potknęła. Nie patrzyła w tył, ani w dół. Tak szybko, jak tylko potrafiła schowała się w swoim pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Przez długi czas siedziała na podłodze, oparta plecami o drzwi. Oddychając ciężko nasłuchiwała czy przypadkiem Artur nie zbliża się do niej. Na szczęście nic takiego nie miało miejsca.
Gdy się już trochę uspokoiła, chciała iść do Wiktora. Jednak bała się. Co miała mu powiedzieć?. Wyraźnie zrozumiał tamtą sytuację zupełnie opacznie. Na dodatek chodziło o jego brata. Bała się też wyjść z pokoju, choć wiedziała, że z pewnością jej napastnik już dawno wyszedł.
Większość nocy spędziła przy drzwiach. Nad ranem otworzyła drzwi i położyła się na łóżku. Aż do nastania dnia miała nadzieję, że jak zawsze przyjdzie do niej w nocy. Wtedy mogłaby z nim porozmawiać. Nie przyszedł jednak.
Budzik zadzwonił o 6 rano. Wstała, przebrała się i wyszła z pokoju, gotowa ruszyć do pracy mimo iż była ciągle roztrzęsiona po przejściach minionego wieczora. Na korytarzu spotkała Wiktora, spojrzała na niego pełna lęku, jak się zaraz okazało, całkiem słusznie.
- Zostań dzisiaj w domu – rzucił szybko. W głosie było słychać gniew.
- Ale…
- Nie będziesz mi potrzebna. Poradzę sobie sam.
Nie zaczekał na odpowiedź. Bardzo szybkim krokiem ruszył korytarzem, zbiegł po schodach i wyszedł trzaskając drzwiami. Anna miała w oczach łzy. Nie wiedziała, co ma ze sobą począć. Wróciła do swojego pokoju i zastanawiała się dlaczego ją to spotkało. Dlaczego Artur zachował się w taki sposób. Nie rozumiała również złości Wiktora. Nawet jeśli wyglądało to tak, jakby ona i Artur… Nie powinien był się tak zachowywać. Przecież według jego wiedzy byli wciąż parą, nie opowiedziała mu o zerwaniu.
Czas mijał jej niemiłosiernie powoli. Wszystko wewnątrz jej ciała szarpało ją. Odczuwała ból w sercu i płucach. Czuła, jakby płacz chciał wyrwać się z jej piersi, ale nie mógł. Im dłużej myślała o tym wszystkim, tym było jej trudniej i gorzej. Powróciło wszystko od momentu, gdy ocknęła się tamtego dnia w piwnicach kamienicy.
Dlaczego wciąż nie mogła sobie niczego więcej przypomnieć?. Dlaczego nie ma rodziny ani przyjaciół?. Czemu jej własny ojciec sprzedał ją złym ludziom?. W głowie miała wszystkie złe sny i wspomnienia z rodzinnego domu oraz z dnia porwania. Co miało się z nią stać?. Miała być czyjąś niewolnicą, a może kobietą lekkich obyczajów wbrew swojej woli?. Na tę myśl wzdrygnęła się. Wróciło wspomnienie minionego wieczoru. Wstrząsnął nią strach i ból.
Czuła, jak serce rozrywa jej żal. Dwóch braci… jeden myślał tylko o sobie, był z nią tylko wtedy, gdy tego potrzebował i traktował jak rzecz. Zawiódł ją w tak wielu sprawach, niczego nie rozumiał. Drugi… drugiemu nie mogła niczego powiedzieć, nie mogła niczego wyznać… Nie chciała też obciążać go swoimi problemami, nie miał z nimi nic wspólnego. Zbyt wiele dla niej zrobił, a teraz… Teraz nie miała już nikogo… nie miała niczego. Bała się, że może stracić namiastkę przyjaciela, dom i pracę. Co wtedy pocznie. Co niby ma ze sobą zrobić, dokąd pójść?. Do przytułku?, gdzie będą ją traktować, jak nic niewartą, bezużyteczną osobę, która tylko żeruje na państwie?. Bez wspomnień, bez odzyskania pamięci nigdzie nie znajdzie pracy, nie będzie jej stać na żadne mieszkanie.
Zegar na półce wskazywał południe. Za oknem padał śnieg. Przeniosła wzrok na szafkę koło łóżka i leżącą tam szklankę. W oczach pojawiły się łzy, nad którymi nie mogła już zapanować pełna żalu i bólu. Jeśli i Wiktor się od niej odwrócił, to nie miała już nikogo. Nie zniesie tego dłużej. Przepełniona goryczą i złością znikąd, strąciła ręka szklankę. Patrzyła, jak roztrzaskała się na podłodze. Czuła, jak poza bólem narasta w niej gniew. Wciąż miała wrażenie, że w jej płucach brakuje tlenu. Serce dudniło, jakby miało zacząć bić tak szybko i mocno, że za chwilę przestać bić wcale. Spojrzała na rozbite kawałki szkła i nagle wiedziała, co powinna zrobić. Wszystko stało się takie jasne i proste. Już nikomu nie będzie zawadzała."




Pozdrawiam,
Agafi

niedziela, 28 kwietnia 2019

Z przeprosinami za nieobecność

Uwierzcie mi, że w głowie mam mnóstwo pomysłów i codziennie układam sobie jakiś tekst na nowy post dla was, ale żywcem brakuje mi czasu, żeby to wszystko jakoś ogarnąć, zwłaszcza, że ostatnio założyłam również vloga na YouTube😱😱😱😱 (dla chętnych) ---> https://www.youtube.com/channel/UCFuOJSWrZ7GBKa8yv8tvyZw

Obowiązki żony, matki i pani domu, właściciela firmy i pozostałe dobra (dobra, dobra... ;)) powodują, że człowiek naprawdę chciałby mieć nadprzyrodzone moce, albo umiejętność wydłużenia doby i co najmniej parę godzin... Dlatego wybaczcie mi ten "niebyt" tutaj.


Aby wam to jakoś wynagrodzić, choć w małym stopniu dodaję kolejny kawałek tekstu ^^.


"Kolejne dni, a nawet tygodnie pokazały jednak, że jej chęć zrozumienia i wiara w zmianę Artura, to tylko pobożne życzenia, które nie są do spełnienia w żaden sposób. Wielokrotnie próbowała z nim rozmawiać na poważne tematy, także o swojej przeszłości, o amnezji i tym, co miało związek z jej zachowaniem oraz uczuciami. Próbowała wywiedzieć się, jakie są jego odczucia w tym temacie, co uważa i czy zechce ją wesprzeć. Jednak to dało tylko tyle, że coraz częściej ją ranił, czasem nawet dochodziło do kłótni. Z początku czuła się z tym źle i nawet winiła, ale szybko zrozumiała, że te kłótnie wszczynał zawsze on. Mogła z nim rozmawiać o wszystkim, szczególnie o tym, co się wiązało z nim samym, ale gdy tylko próbowała rozmawiać o swoich problemach i uczuciach szybko zmieniał temat, żartował, albo wprawiał ją w zakłopotanie. Miała tego serdecznie dość i czuła, że wzbiera się w niej coraz większa złość. Wracała do domu i miała ochotę rzucać przedmiotami. Wieczorami, gdy myślała na spokojnie o tym wszystkim, co wydarzyło się danego dnia, stwierdzała, że jest coraz gorzej, zamiast coraz lepiej. Bała się, że w końcu nie wytrzyma i wybuchnie. Tego nie chciała. Zwłaszcza, ze w ostatnim czasie, gdy zaczynała się złościć na Artura, ten sprytnie to wykorzystywał i obracał kota ogonem. Potrafił pięknie wszystko tak ubrać w słowa, żeby wychodziło na to, że wszystkim problemom między nimi winna jest ona sama, a on nie miał z tym nic wspólnego. Udawał, że w ogóle nie rozumie, o co jej chodzi i dlaczego się złości. Czasem zdarzało się mu dodać również „Nie wiem co się z Tobą dzieje!, gdzie moja Anna?”. Kiedy tak robił czuła, że czuje coraz większą złość. Wtedy nawet ona siebie nie poznawała. Czuła, że ma ochotę go uderzyć.
Gdy wracała do domu czuła nie tylko wściekłość, ale i ogromną ulgę. Tu, w swoim pokoju mogła spokojnie odreagować wyżywając się na poduszkach. Coraz częściej jednak do tego dochodziło, a to skłaniało ją do ponownego przemyślenia sytuacji i przeanalizowania uczuć.
Analiza uczuć?, to już samo w sobie daje odpowiedź na jej pytania. Nie było sensu tkwić w takim związku. Toksycznym i jednostronnym.
Przed Wiktorem starała się nigdy nie pokazywać, że coś jest nie tak. Nie chciała go też mieszać do spraw między nią, a Arturem. To byłoby nie na miejscu, w końcu był jego bratem. Na szczęście najczęściej, gdy wracała było już późno i Wiktor przebywał w swoim pokoju, więc nie widział, jak pełna furii przemyka do siebie.
Tak czy inaczej coraz bliższa była postanowieniu, że musi coś z tym zrobić, zanim będzie za późno i stanie się coś nieprzyjemnego dla całej trójki.


Sobota, 29.10.

Ta jesień była zimna i mokra, a mimo to nastrajała tak mocno, że ostatnią rzeczą, na jaką się miało ochotę, to samotne przesiadywanie w czterech ścianach. Mimo to, tego wieczoru Anna siedziała okryta kocem zaczytana w książkę. Wiktor schodził właśnie z góry kierując się do kuchni po kawę, gdy odebrała telefon. Z początku, gdy dzwonek się odezwał niechętnie spojrzała na urządzenie, po czym wyraźnie niezadowolona wzięła go do ręki przymykając książkę. Mężczyzna uważnie przyglądał się jej reakcjom. Nie zamierzał podsłuchiwać, ale najwyraźniej Anna nie miała nic przeciw świadkom, bo mówiła głośno i nie przejmowała się jego obecnością. Nasłuchiwał nie tyle jej słów, co tonu głosu.
- Witaj... Nie ... Nie mam ochoty ... Daj spokój, idź sam ... Artur, nie! - przez chwilę siedziała w milczeniu, słuchała jego brata unosząc oczy do sufitu – Zrozum. Źle się czuję ,wolę zostać dziś w domu – skłamała – Tak wzięłam już coś na przeziębienie … Dobrze … Pa.
Odłożyła telefon lekko rozzłoszczona i z rozmachem otworzyła książkę na stronie, którą przytrzymywała palcem.
- Mój brat znów narozrabiał? - stał teraz naprzeciw niej i przyglądał się jej uważnie.
- Nie, po prostu nie mam ochoty na spotkanie z nim. - rzuciła szybko, jednak zaraz spostrzegła, że Wiktor uniósł brew z niedowierzaniem i swobodnie przysiada na drugim końcu kanapy. Westchnęła głośno i ciężko widząc, jak na nią patrzył. Na tyle już go znała, żeby wiedzieć, że łatwo nie odpuści. Czekałby aż zacznie do niego mówić lub, aż jasno dałaby mu do zrozumienia, że to nie jego sprawa. Tego zrobić nie mogła. Po pierwsze nie zasługiwał na to, po tym wszystkim co dla niej uczynił. Po drugie dlatego, że chodziło o jego brata. Postanowiła opanować wzburzenie i po prostu porozmawiać z Wiktorem o tym, co ją gryzie. - Po prostu czuję, że to nie jest to. Nie tego pragnę... Wiem, że muszę mu o tym w końcu powiedzieć, ale najpierw chcę sama to dobrze przemyśleć, zastanowić się co dokładnie mu powiedzieć.
- Wydawało mi się, że jest Ci z nim dobrze.
- Nie zrozum mnie źle. Twój brat jest naprawdę uroczy, romantyczny i zabawny, ale nie wyobrażam sobie życia z nim na dłuższą metę.
- Jesteś pewna?
- Tak. Z całym szacunkiem Wiktorze, ale Artur to bardziej materiał na kumpla, niż partnera na dobre i złe – bardzo dziwnie się czuła rozmawiając o tym właśnie z nim. - Potrzebuję oparcia, kogoś statecznego, kto poważnie patrzy na świat, a nie ciągle tylko się bawi, odtrąca problemy na bok udając, że ich w ogóle nie ma i wszystko obraca w żart.
Wiktor uśmiechnął się, lekko zauważalnie. Schowała oczy w książce zawstydzona, a przez głowę przebiegła jej tylko jedna myśl, a serce zaczęło bić mocniej – Boże... mam nadzieję, że nie pomyślał iż mówię o nim!.- Gdy znów podniosła wzrok, zauważyła, że jego uśmiech zniknął. Patrzył w przestrzeń takim wzrokiem, że nie bardzo wiedziała, jak to rozumieć. Był jakby delikatnie przygnębiony.
- Znam swojego brata. Choć ukrywa wszystko pod uśmiechem i czasem zachowuje się dziecinnie, wiem że zależy mu na Tobie. Łatwo nie odpuści. Myślę, że dla Ciebie jest gotów się z czasem zmienić. Tak naprawdę.
- To miłe, ale nie chcę tego. Schlebia mi jego zainteresowanie moją osobą, ale to naprawdę nie ma szans przetrwać. Pierwsze zauroczenie minęło. Pozostał już tylko gorzki niesmak.
- Będzie próbował rozbroić Cię pięknymi słowami i uśmiechem.
- To nic nie da.
- Później nadejdą obietnice i błagania – zerknął na nią, tylko pokręciła przecząco głową – Będzie się zaklinał na wszystko, że zmieni się dla Ciebie na lepsze, co wtedy?
- Co chcesz osiągnąć mówiąc mi to wszystko? - zapytała lekko zniecierpliwiona.
- Po prostu wiem, jak będzie. Przypuszczam, że się złamiesz pod jego urokiem i dasz mu kolejną szansę.
- Na pewno nie. Już dość widziałam. Pora dać sobie szansę na coś innego, nowego – mówiła nie patrząc na niego w obawie, że odgadnie jej stan, którego sama do końca nie pojmowała. W końcu postanowiła przerwać tę niezręczną dla niej rozmowę. - Czy mogę już wrócić do czytania?
- Jasne. Wybacz, że wytrąciłem Cię ze skupienia. Wydawało mi się, że potrzebujesz rozmowy.
Wstał i ruszył w stronę kuchni. Patrzyła jakiś czas w ślad za nim. Miał rację, potrzebowała tego. Ta rozmowa rozluźniła ją, ustaliła jasny cel, ale dała też wiele do myślenia. Wiktor doskonale opisał sposób działania Artura i jego zachowania, gdy czegoś bardzo chciał. Niczym dziecko chwytał się każdego sposobu, by dostać wszystko czego pragnie, a gdy nie dawało to spodziewanego rezultatu szybko zmieniał taktykę działania.
Czuła, że musi naprawdę dobrze przygotować się do rozmowy, jaką planowała przeprowadzić z Arturem.

* * *

Po tamtym wieczorze kilkukrotnie była święcie przekonana, że jest już w stu procentach gotowa na spotkanie z Arturem i ostateczne rozstanie. Niestety za każdym razem niweczył jej zamiar. Gdy tylko próbowała zacząć poważną rozmowę obracał wszystko w żart i zmieniał temat zabierając ją w jakieś nowe miejsce lub też udając, że strasznie się dokądś śpieszy. Była pewna, że dobrze wiedział, co zamierzała zrobić. W końcu próbowała mu wszystko wykrzyczeć w złości, ale i to zdało się na nic. W rezultacie znów zaczęła go unikać i wymigiwała się od spotkań i wyjść.
Czas mijał niemiłosiernie sprawiając, że dziewczyna czuła coraz większą złość i frustrację w stosunku do Artura. Na myśl o nim ogarniała ją wściekłość. Wiktor widział co się dzieje, ale nie zamierzał się w to wtrącać. Tylko obserwował. To dobijało Annę jeszcze bardziej.
Gdy siadała wieczorami w swoim pokoju i zatapiała się w myślach, coraz częściej łapała się na tym, że jej myśli kierują się ku Wiktorowi. Pracowała z nim i przebywała każdego dnia, obserwowała jak zachowuje się w stosunku do innych ludzi, jak opiekuje się zwierzętami. Na myśl o nim uśmiech sam pojawiał się na jej twarzy. Zaraz potem jednak ogarniał ją smutek. Wiele dałaby teraz, żeby to on adorował ją tak, jak Artur. Marzyła by usłyszeć choć raz komplement z ust Wiktora. Jakie jednak mogła mieć u niego szanse?. Niemal każdego dnia widywała te wszystkie piękne kobiety, które krążyły w około niego i zabiegały o jego względy. Wysokie, szczupłe, zadbane i eleganckie w różnym wieku, ale wszystkie równie atrakcyjne. A on?, on nawet na nie nie spojrzał. Dlaczego więc miałby zainteresować się taką sierotą, bez własnego życia, rodziny i przeszłości... W porównaniu z tamtymi, ona była nikim. Dlaczego obdarzyła uczuciem akurat jego... akurat człowieka, który w ogóle nie interesował się kobietami. Owszem, był dla niej bardzo miły, opiekuńczy i dobry, ale trzymał się zawsze na dystans. Wiedziała, że nie powinna robić sobie złudzeń, powinna zapomnieć o jakimkolwiek uczuciu w stosunku do niego.
Jakiś czas później, z początkiem Grudnia raz jeszcze Wiktor zaczepił ją o związek z Arturem, ale wściekle uniosła się, że nie ma o czym mówić. Zaraz potem przeprosiła go za swoją reakcję. W rozmowie tej jednak zapewniła, że jej i Artura nic nie łączy i to już od dawna. Chciałaby ze wzajemnością zakochać się raz jeszcze. Choć w sumie to, co było między nią, a Arturem było raczej zwykłym zauroczeniem. Wiktor nie skomentował tego nawet słowem, ale miała dziwne wrażenie, jakby mu... ulżyło?

Środa, 14.12.

Anna umówiła się na wieczór z Arturem. Nie chciała rozmawiać z nim w domu, ale nie chciała również iść w żadne z tych jego okropnych, pełnych ludzi klubów. Umówili się, że zabierze ją w jakieś spokojne, neutralne miejsce. Nawet spodobał się mu ten pomysł. Nieświadom tego, co zamierzała zrobić dziewczyna przyszykował się na bóstwo. Zaskoczyło go to, że gdy po nią przyjechał pod dom brata była ubrana całkiem zwyczajnie. Miała na sobie ciemne jeansy, czarne kozaki i długi zielony płaszcz. Włosy upięte w kucyka, a na głowie grubą opaskę w kolorze płaszcza, która osłaniała jej uszy.
- Witaj księżniczko, pięknie wyglądasz – skomplementował ją mimo lekkiego rozczarowania.
- Dobry wieczór Arturze. Możemy już jechać?
- Jasne – gestem zaprosił ją do auta.
Artur woził się czarnym jaguarem, który zawsze wypolerowany był na błysk. Zderzaki i felgi miał w kolorze srebrnym. Widać było, że kocha to auto. Czasami miała wrażenie, że chyba bardziej niż cokolwiek i kogokolwiek innego.
Szybko dotarli do miejsca, na jakie się umówili. Mały park nieopodal domu Wiktora. Tak naprawdę mogli przejść tam pieszo. Anna chciała nawet umówić się już na miejscu, ale on uparł się, że po nią przyjedzie, by nie chodziła po nocy i na zimnie. Ten wieczór faktycznie był bardzo mroźny, ale nie zamierzała zrezygnować ze swoich planów, miała dość udawania.
W pewnym momencie przystanęła przy wielkiej fontannie na środku alejek parkowych.
- Chciałam z Tobą porozmawiać.
- Skarbie. Wiem, że ostatnio nie mam dla Ciebie zbyt wiele czasu, ale uwierz mam na głowie masę roboty, a dni krótkie teraz okrutnie.
- Nie o to chodzi...
- Ktoś Ci coś powiedział na mój temat?. Zauważyłem, że ostatnio dziwnie się zachowujesz, ale uwierz mi...
- Czy dasz mi wreszcie skończyć zdanie?! - wydarła się na niego, mając już dość – Za każdym razem jest tak samo. Ciągle coś mówisz, ciągle mi przerywasz i nie dajesz dojść do słowa. Mam dość Twojego zachowania!!
- Anno... - stał całkowicie osłupiały, to było do niej niepodobne. Ona nigdy nie traciła panowania nad sobą. Pod tym względem była zupełnie taka, jak jego brat. - Ktoś chyba wstał dzisiaj lewą nogą z łóżka – spróbował zażartować i przytulił ją od tyłu, ale tylko pogorszył sprawę.
- Kiedy wreszcie przestaniesz? Nie każdy problem da się zamienić w żart, aby wszystko było idealnie!! - westchnęła ciężko – Naprawdę musimy poważnie porozmawiać.
Nigdy jeszcze nie widział jej tak poważnej i zdeterminowanej, jak teraz. Wiedział już, że tym razem nie uda mu się uniknąć tej rozmowy, że nie ma szans na ucieczkę. W pewnym sensie bał się tej rozmowy, nie chciał jej, ponieważ przeczuwał co dziewczyna zamierza. Postanowił ostatni raz udać, że niczego nie rozumie, w nadziei, że się nad nim zlituje i odpuści i tym razem.
- Anno, naprawdę nie rozumiem Twojej złości.
Dziewczyna westchnęła ciężko. Starała się bardzo zapanować nad sobą i swoimi emocjami, choć było to bardzo trudne. Czuła z każdą chwilą coraz bardziej, jak narasta w niej irytacja.
- Już od dłuższego czasu próbuję z Tobą porozmawiać o tym, a Ty ciągle zachowujesz się tak, jakbyś umyślnie robił wszystko, aby mi na to nie pozwolić.
Mężczyzna milczał, jak nigdy, a jego mina i próby unikania jej wzroku mówiły same za siebie. Teraz była już pewna, że miała rację.
Artur myślał bardzo szybko, tak samo również przystępował do działania. Teraz ie było inaczej. Postanowił zastosować inny sposób, by ją powstrzymać.
- Skarbie, masz rację. Wiem, że masz prawo być na mnie zła. Poświęcałem zbyt wiele czasu innym. Zauważyłem, że nie przepadasz za moimi znajomymi, których Ci przedstawiłem byśmy mogli połączyć dwa w jednym. Sądziłem, że uda się byśmy spędzali wspólny czas wraz z innymi ludźmi.
- To w ogóle nie o to chodzi… - już miała kontynuować swoją wypowiedź, gdy po raz kolejny jej przerwał.
- Proszę zrozum mnie, nie mogę od tak zerwać kontaktów, które utrzymywałem przez tyle lat. Nie mogę zostawić ich tak po prostu z dnia na dzień. Mogę Ci za to obiecać, że od teraz więcej czasu poświęcę tylko Tobie.
Anna czuła, jak bardzo ta rozmowa i cała sytuacja ją męczy. Postanowiła sobie jednak, że tym razem nie odpuści i zamierzała się tego trzymać mimo wszystko.
- Arturze...Mam już tego serdecznie dość!. Nie chodzi o Twoich znajomych, ani o brak czasu, ale o Ciebie! O nas…
- Kochanie, przecież wszystko jest dobrze. Być może czasem popełniamy jakieś błędy, ale która para ich nie popełnia?.
- Od dłuższego czasu nie jest już dobrze i Ty doskonale o tym wiesz. Jeśli zaś poruszasz temat błędów, to jedyny mój błąd jest taki, że zbyt długo milczałam i pozwalałam Ci odwlekać tę rozmowę.
- Skarbie…. Przecież Cię kocham, a Ty kochasz mnie!
- Nie wydaje mi się, aby to, co do mnie czujesz można było nazwać miłością. Ja owszem byłam Tobą zauroczona, byłam może nawet przez chwilę zakochana, ale to już przeszłość.
- To jakiś głupi żart?
- Nie. Mówię całkowicie poważnie i chcę, abyś przyjął to do wiadomości.
- Ale, kochanie?!
- Im dłużej będziesz to odwlekał i udawał, że wszystko jest cudownie, tym będzie gorzej. Między nami nie ma mowy o miłości. Inna kobieta na pewno…
- Więc o to chodzi? Dowiedziałaś się o Alicji?
- O kim? - Anna patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, zupełnie zbita z tropu. Czyżby próbował kolejnej sztuczki.
- To nic takiego, stary romans bez znaczenia. Dla Ciebie w każdej chwili mogę o niej zapomnieć.
- Słucham? - patrzyła z niedowierzaniem. Miał romans za jej plecami i mówił o miłości, o związku i wspólnym czasie. Szybko pokręciła głową chcąc się otrząsnąć z szoku – Dość tego Arturze. To ostatecznie koniec. Wracam do domu, a Ty rób co chcesz, byle z dala ode mnie, rozumiesz?!

Była tak wściekła, że nie było sensu więcej próbować, przynajmniej nie teraz. Artur zrozumiał, że popełnił gafę, próbując odgadnąć jej stan. Za wszelką cenę chciał ją zatrzymać i wpakował się na minę co rusz zmieniając taktykę swojej gry. Tym razem musiał odpuścić. Anna kazała mu odwieźć się do domu i ruszyła w stronę, gdzie zaparkowany był samochód. Patrzył w krok za odchodzącą dziewczyną. Wewnątrz czuł strach i złość na siebie samego. Jeszcze nigdy nie czuł czegoś podobnego. Pierwszy raz w życiu tak zależało mu na kimś. Pierwszy raz czuł się tak podle z powodu swojego zachowania. Przez głowę przemknęła mu jeszcze jedna myśl – jeśli Anna opowie o wszystkim Wiktorowi, brat zabije go…"

Pozdrawiam,
Agafi

piątek, 22 marca 2019

Trochę o "nauczycielach" w oczach rodzica i pedagoga


W ostatnim czasie głośno o nauczycielach i ich strajku. O takich rzeczach zawsze jest głośno, niezależnie od tego kto strajkuje – lekarze, górnicy, rodzice dzieci niepełnosprawnych, teraz czas na kolejną grupę. Co poradzić, takie mamy czasy, że ludzie mają dość i się buntują.
Mnóstwo znajdzie się takich, co powiedzą, że „w du…. się ludziom poprzewracało”, „Ciągle im mało”. Może coś w tym jest, ale dotyczy to całego społeczeństwa i to tylko dlatego, że życie jest coraz droższe. Ponadto czemu się dziwić, że ludzie chcą godnie zarabiać za swoją pracę?. Zapewnić należyte warunki życia swojej rodzinie?.
Wracając do tematu. Pomimo iż nie pracuję obecnie w zawodzie i ogólnie rzecz biorąc, nie jestem typowym nauczycielem przedmiotowym, to jednak mam ogromną świadomość tego, jak to wygląda:
A. Bo uczyłam się wielu rzeczy na swoich studiach,
B. Bo robiłam praktyki w szkole,
C. Bo pracowałam w przedszkolu, jako nauczyciel,
D. Bo w swoim środowisku mam sporo pedagogów i nauczycieli różnego rodzaju (również w swojej rodzinie)
E. Mam swój rozum i oczy!.
Choć również wiem, że jest (niestety) sporo nauczycieli, którzy nie przykładają się, jak należy i nie zasługują na „zaszczyty”, ba… są nawet tacy, którzy moim zdaniem nie powinni w ogóle pracować w swoim zawodzie. Był nawet taki czas, gdzie trafiało mnie na myśl, że ja czy inna bliska mi osoba z sercem na dłoni i ogromem energii do pracy z dziećmi, nie miałyśmy pracy (bo było brak etatów), a jeden z drugim nieodpowiedni miał ciepły stołeczek, bo pracuje już lata lub ma znajomości/rodzinę w danej placówce, choć się do tego kompletnie nie nadaje. Ale cóż, trzeba było się zwyczajnie z tym pogodzić. Choć boli patrzeć na dzieci, które marnują się pod „skrzydłami” kogoś, kto nie ma do tego serca, odpowiedniego podejścia i ogólnie rzecz biorąc ma gdzieś swoją pracę i obowiązki, jakie powinien sprawować. Nie raz się na to natknęłam i nadal natykam.
Jednak wiem też doskonale o tym, że jest również cała masa nauczycieli i pedagogów, którzy kochają swoją pracę i wkładają w nią i tylko wiele energii i pracy, ale nawet WŁASNYCH PIENIĘDZY. Tak, tak! Dobrze czytacie. Znam szkołę, gdzie nauczycielki w klasach 1-3 z własnych pieniędzy kupują małe nagrody co miesiąc, aby zachęcić i wyćwiczyć w dzieciach chęć do czytania. Są to drobiazgi, jakieś kolorowe gumki w ciekawych kształtach, kredki, flamastry itp. (jednak jak się zliczy te „drobiazgi” razy ilość dzieci w klasie razy 10 miesięcy szkoły, to jednak trochę jest).
Ktoś zapyta z oburzeniem „dlaczego z własnych pieniędzy?”, a no dlatego, że szkoły na to nie stać. Szkoła moi drodzy nie ma na takie rzeczy finansów. I to nie wina szkoły, a ogólnych finansów przekazywanych odgórnie przez Gminę, a dalej przez Państwo. Należę do rady pedagogicznej rodziców i wiem, że choć suma wydaje się być duża, to jednak Dyrekcja każdej szkoły pieniądze te musi rozdzielić na:
- pensje dla nauczycieli i pracowników szkoły,
- wydatki związane z codziennymi potrzebami (przybory, papier, tusze, itp.), zapewne również na środki czystości i inne takie,
- opłaty za prąd, ogrzewanie, gaz, woda, wywóz śmieci i nieczystości, itd.,
- remonty,
- i wiele, wiele innych.
Ktoś inny powie „No dobra, ale nauczyciel wcale tego robić nie musi, nie ma obowiązku wydawania swoich pieniędzy, kupowania nagród”. Jasne!, nie ma obowiązku. Jednak ja osobiście, jako rodzic szczerze doceniałabym takie poświęcenie. Doceniam każdy przejaw nieszablonowego wpływania na zachęcenie uczniów do nauki. Doceniam każdy przejaw doceniania pracy uczniów.
Zawsze boli mnie, gdy moje dziecko stara się, uczy, robi dodatkowe zadania i jest to przez szkołę zbywane. Owszem, często bywa, że ja sama wiele czasu poświęcam, by dzieciom pomóc i wesprzeć ich w nauce. Nie wymagam by doceniano moją pracę i mój wkład w edukację, bo jestem rodzicem i jest to mój obowiązek!! - a czasy mamy takie, i program ułożony przez osoby, które za przeproszeniem nie mają o nauczaniu pojęcia + chcą ogłupić naród, że rodzice muszą chcąc nie chcąc dzieci swoje mocno wesprzeć. Zwłaszcza na początkach ich edukacji. Ale nie o tym ;). Nie chodzi o mnie i moje poglądy, lecz o fakt, że nie docenia się ciężkiej pracy dziecka… Dlatego tym bardziej z chęcią i całym sercem wesprę nauczyciela, który stara się, by dzieci uczuły się z chęcią, wiedząc, że to zwyczajnie się opłaca.
Nie chodzi o to, by uczyć dziecko, że wszystko się mu należy, ale uczyć go, że za ciężką pracę jest nagroda. Najpierw to może być naklejka, książeczka, jakaś mała zabawka, w przyszłości będzie to dobrze zdana matura, zaliczone studia, a na koniec pensja.

Teraz czas na kilka mitów:

MIT I: Nauczycielami zostają nieroby i nieuki.

Serio?, ale…. SERIO?!.
Czy ktokolwiek z osób, które tak twierdzą był na studiach pedagogicznych choćby, albo na studiach kierunkowych przyuczających do zawodu nauczyciela j. Polskiego, j. Angielskiego, historii, biologii, geografii, matematyki, fizyki, chemii, a nawet takich „banalnych” przedmiotów, jak wf’u, plastyki, religii, techniki?. Na prawdę sądzicie, że to takie proste i przyjemne?, że ktoś kto idzie na nauczyciela matematyki czy chemii uczył się na studiach mniej niż naukowiec czy chemik, którzy tworzą nowe urządzenia, samochody, nowatorskie mieszanki (w tym zdrowsze farby itp.) czy leki?.
Ja osobiście kończyłam Pedagogikę Społeczno Opiekuńczą (przy czym na 4-5 roku dodatkowo wybierałam specjalizację – moja to Diagnoza i Poradnictwo Pedagogiczne). Na swoich studiach miałam przedmioty takie, jak: Historia wychowania (czyli przekrój, jak wyglądało nauczanie od czasów prehistorycznych niemal, przez wszystkie epoki, aż do współczesności. Uczyliśmy się o wszystkich prekursorach, znawcach edukacji, o dobrych i złych metodach nauczania), Biomedyczne podstawy rozwoju, Psychologia społeczna, Psychologia rozwoju, Pedagogika specjalna, Psychologia ogólna, Psychologia wychowania, Socjologia, Andragogika, Metodologia badań, Emisja głosu, Filozofia, nie zapominając o języku obcym ;).
I uwierzcie mi, że to nie wszystko czego się uczyłam na studiach. Należy również podkreślić fakt, że osoby uczące przedmiotów mają również sporo różnych przedmiotów łatwiejszych i trudniejszych. Na dokładkę to tego wszystkiego za czasów naszych rodziców nauczyciel kończył jedną szkołę i mógł pracować niemal wszędzie. Teraz do każdej dziedziny są osobne studia: Przedszkole i klasy I-III – Pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna, do GOPSu i MOPSu – Pedagogika socjalna, do pracy z dziećmi z niepełnosprawnościami i dysfunkcjami – Oligofrenopedagogika (i tu jeszcze zależy, jakie dysfunkcje, bo może być potrzebna nie oligo, a surdopedagogika czy tyflopedagogika.
Są nauczyciele, którzy ukończyli kilka kierunków, robili studia podyplomowe, kursy, szkolenia. Ciągle się doszkalają i rozwijają. Są nauczyciele, którzy mają nie tylko magisterkę, ale doktoraty.


MIT II: Nauczyciele pracują tylko 18 godzin w tygodniu i co 45 minut mają przerwy.

Noooo… powiem wam, że jak to usłyszałam, to nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać ;)

Pomijając fakt, że w chwili obecnej czas pracy nauczycieli przy tablicy potocznie mówiąc został zwiększony do 20 godzin, to należy pamiętać, że nauczyciel tak samo, jak każdy inny zatrudniony na umowę w przepisach ma 40 godzin pracy. Te godziny składają się również na czas pracy poza klasą (sprawdzanie prac domowych, sprawdzianów, kartkówek, zeszytów, ćwiczeń, przygotowywanie materiałów do pracy z uczniami, zebrania z rodzicami, dni otwarte, rady pedagogiczne, itp.). Jak to słyszałam od kilku już osób z tego zawodu, chętnie pracowałyby w swojej szkole 40 godzin tygodniowo gdyby:
A. Zapewniono im odpowiednie warunki pracy (nie stół jeden na 30 nauczycieli i jedna kserokopiarka),
B. Nie musieliby pracować w domu (a wierzcie mi, że czasami pracują więcej niż 40 godzin, tylko tego nie widać).

Teraz kwestia przerw. Taaa… wolne, sielanka normalnie!… Tylko zapominacie, że każda przerwa to dyżury nauczycieli dbających o bezpieczeństwo uczniów. Na pewno znajdą się tacy, co trochę to naginają lub nie wypełniają swoich obowiązków należycie (jak w każdej pracy i każdym zawodzie). Fakt jest jednak taki, że nauczyciel nie ma przerwy co 45 minut. Zazwyczaj w czasie swojej kilkugodzinnej pracy w szkole nie ma przerwy w ogóle.


MIT III: Nauczyciele mają tyle wolnego! Wszystkie weekendy, święta, ferie, wakacje.

Hm… no zapewne kilku się takich znajdzie. Ale jednak przeciętny nauczyciel W dniach, gdy każdy zwykły człowiek pracuje, a szkoła niby nie, musi zapewnić opiekę dzieciom, choćby na świetlicy, czyli musi wykazać gotowość do pracy. To nie jest tak, że całe wakacje nauczyciele mają labę. Bo w tym czasie są rady pedagogiczne i inne zajęcia (czasem poprawy egzaminów również). Nauczyciele w pierwszym i ostatnim tygodniu wakacji muszą wykazać gotowość do pracy. Do tego reszta wakacji, to ich urlop, który przysługuje im, jak każdemu innemu człowiekowi. Różnica jest taka, że ktoś kto pracuje w firmie może wziąć urlop kiedy zechce, nawet w środku roku, a nauczyciel nie. Urlop przysługuje mu jedynie w okresie wakacji letnich. No chyba, że bezpłatny :P . A w weekendy i ferie bywa, że nadrabiają zaległości w pracy, których nie zdążyli zrobić w tygodniu.
Chciałabym wam podkreślić fakt, że nauczyciele coraz bardziej zawalani są papierologią. Teraz to nie tylko ich codzienne zadania i zajęcia, wypełnianie dzienników, ale również program pracy, dokumentacja związana z egzaminami, wychowawstwem, scenariusze lekcji, i inne pierdoły (nawet mi się nie chce tego wszystkiego wymieniać). - teraz w niektórych szkołach dzienniki papierowe zostały zastąpione elektronicznymi, a w innych funkcjonują oba, a to dodaje pracy.
Mało tego, są nauczyciele i tacy, którzy w ferie pracują na wyjazdach, jako opiekuni, lub prowadzą zajęcia dodatkowe dla dzieci. Inni zaś w wakacje wyjeżdżają na obozy i kolonie lub prowadzą pół kolonie. Są i tacy, którzy biorą udział i w jednym i drugim. Dodatkowy zarobek, no tak, ale dlaczego nie?. Zresztą nie są to jakieś powalające kwoty... Mimo to należy napomnieć o tym napomknąć moim zdaniem.
Chyba nie muszę się w tym temacie bardziej rozwlekać. Jak ktoś ma wątpliwości, to niech poczyta o obowiązkach nauczycieli ;).


MIT IV: Nauczyciele przedszkoli, to mają lekko. Przecież oni tylko się bawią!

Buahahahaha!!! No inaczej nie zacznę ;D.
Tak się składa, że sama w przedszkolu pracowałam. Czytałam wiele i wiele słyszałam z różnych źródeł. Miejcie litość, bo padnę ze śmiechu…

Czy wiecie, że przeciętny 2,5 – 3 latek idący do przedszkola często nie potrafi samodzielnie jeść, ubierać się (nawet naciągnąć spodni, założyć skarpetek czy butów), a czasem nawet ma na sobie pieluchę lub jeszcze zdarza się mu zwyczajnie zapomnieć, że trzeba iść do wc.
Bywa, że te dzieci mają problemy z mówieniem, bywa, że mają jakieś dysfunkcje, które nie zostały jeszcze zdiagnozowane (bo to długa droga w wielu przypadkach). Każde z nich ma swoje własne problemy i problemiki, swoje poglądy na świat lub poglądy rodziców…
Do tego dzieci, które były pod skrzydłami mamy, babci, cioci, opiekunki nie potrafią funkcjonować w społeczeństwie w sensie szerszym, a tu nagle są „zostawione” w miejscu, gdzie na 24 dzieci są dwie panie, a w około mnóstwo tak samo zapartych, „egoistycznych” istotek, jak oni ;).
Z premedytacją słowo „egoistyczne” dałam w cudzysłów, aby źle mnie nie zrozumiano. Chodzi mi jedynie o fakt, że takie dzieci chcą wszystko dla siebie, często nie potrafią się dzielić i na dodatek są w okresie tzn „buntu 2-3 latka”. To oznacza nic innego, jak fakt, że nie tylko sprawdzają granice opiekunów i rodziców, ale również uważają, że wszystko ma być tak, jak one tego chcą ;).
Potem się okazuje, że po kilku tygodniach, w ekstremalnych warunkach po kilku miesiącach nagle te dzieci same jedzą, same się ubierają, przebierają, zaczynają mówić, ba! nawet zdania układać, dzielą się zabawkami, potrafią grzecznie mówić "proszę, dziękuję, przepraszam" - No magia, normalnie!. Cudowne dzieci, same się uczą ;). A przecież pani/ciocia w przedszkolu tylko się bawi i nic wielkiego nie robi... i nie robi nic razy dwadzieścia parę :P.

Nauczyciel przedszkola ma również program nauczania, który musi wypełnić. Również prowadzą dziennik nauczyciela, sprawdzają obecność i prowadzą zajęcia. Powodzenia zwykłemu szaremu człowiekowi w ogarnięciu dwudziestki dzieci, które chcą się bawić i zachęceniu ich do tego by usiadły na 15-20 minut w miejscu i skupiły się na nauce (zwierzątek, roślinek, warzyw, owoców, instrumentów, itp.). Z boku to wygląda super ekstra. Siedzicie sobie w kółeczku czy półkolu na dywanie i uczycie się pierdółek :). Tylko…. W praktyce, każde z tych dzieci zerka na boki, na półki i kąty, gdzie leżą zabawki, które musiało odłożyć i chciałoby do nich wrócić. Wiele z nich też chętnie podokucza koleżance i koledze z boku, albo sobie pogada o czymś innym.
Ale co tam potem trzeba te kochane stworki posadzić przy stolikach i zrobić z nimi prace plastyczne, techniczne i inne ;).
Ja miałam „szczęście” mieć dodatkowo grupę mieszaną od 2,5 roczniaka do 6 latka (w tym dzieci z dysfunkcjami i z rodzin patologicznych). To dopiero była zabawa ;).

Jedyna „przerwa” to obiad, który przerwą nie był, bo trzeba było pilnować dzieci przy jedzeniu, uspokajać, niejednokrotnie wspierać i uczyć!. Potem mycie, szykowanie do odpoczynku młodszych i prac wyciszających starszych, a także sprzątanie po obiadku.
Aha! I jeszcze codzienne spacery lub zabawa na placu zabaw ;). Oczy dookoła głowy, żeby nikomu nic się nie stało, żeby żadne dziecko Ci nie zginęło (przeliczanie co 2 minuty robaczków z upewnieniem się, czy nie policzyło się dwa razy jednego dziecka i czy największe „agenty” są w tym tłumie ;).
Ten opis to praca nauczyciela przedszkola tak w pigułce.


Teraz kilka spraw, które mi się nie podobają tak samo, jak wam:

Przede wszystkim, ja również wkurzam się, że moje dziecko ma tak wiele pracy w domu. Dużo więcej niż miałam ja w jego wieku. Wkurza mnie program, który jest niedostosowany do wieku dzieci (i nie dotyczy to tylko tych, które poszły wcześniej, ale również starszych klas). Wkurza mnie, że muszę poza pracą zawodową i obowiązku domowe robić za nauczyciela. Tylko jest pewne „ale”. Mianowicie - ale zdaję sobie sprawę z tego, że choć czasem to wina złego nauczyciela/nieumiejętnego nauczania, to w przeważającej większości winę ponosi Państwo, jako rząd, a konkretnie osoby, które nieumiejętnie zarządzają sprawą, bo nie mają pojęcia o edukacji…
Przez to nauczyciele nie są w stanie ogarnąć całości materiału i nauczyć wszystkiego, zwłaszcza gdy mają klasy 25-30 osobowe, w tym często mocno utrudniające funkcjonowanie klasy dzieci – a ich rodzice mają lekceważący stosunek do nauczycieli.

Druga sprawa to termin strajku, który został ustalony nie przez nauczycieli samych w sobie, ale przez „wspaniałe” związki zawodowe… a nauczyciele mają do wyboru siedzieć cicho i dać się poniżać – bo to już nawet nie o te pieniądze chodzi, co o szacunek do zawodu… albo zgodzić się na to, co związki wymyślą i w ten sposób przekazać swój głos.
Choć jestem całym sercem za nauczycielami, przede wszystkim tymi prawdziwymi i mocno pracującymi, to nie podoba mi się czas i sposób strajku… Nie tędy droga moim zdaniem.
To co zaproponowały związki zawodowe tylko pogorszy sytuację nauczycieli w oczach rodziców i społeczeństwa, a także uderza w dzieci, które niczemu winne nie są w tych sporach.
Są nauczyciele, którzy wierzą, że rodzice złość swoją przekierują na państwo, aby wreszcie coś zrobiło w sprawie nauczycieli. Ja niestety znając ludzi wiem, że podziała to zupełnie inaczej i znów oberwie się nauczycielom…

Przykre to, że ludzie są tak mało obiektywni, tak mało zorientowani w kwestii edukacji i zamiast stanąć po właściwej stronie i wesprzeć tych, którzy próbują kształcić dzieci i młodzież, to obracają się do nich plecami dając tym samym wyraz braku poszanowania dla czyjejś pracy, a tym samym pokazując rządzącym, że mogą olać sprawę nauczycielską… :(
Uwierzcie mi, że naprawdę nie wszystkim nauczycielom jest tak strasznie źle. Po prostu mają dość lekceważenia ich trudnej pracy, wymagające wiele sił, energii, pozytywnych wzmocnień i niesprawiedliwości. Mają też dość tego, jak wiele w ostatnim okresie czasu się im odebrało. Zachęcam was mocno do tego, abyście zaznajomili się ze zmianami, jakie nastąpiły w okresie ostatniego roku czy dwóch lat. Uwierzcie.... nauczyciele buntują się, bo zamiast dostać więcej, dostają mniej... warunki pracy są coraz trudniejsze, warunki awansów zawodowych również zmieniono i mocno utrudniono. I do tego co rusz wymyśla się nowe zasady, by ludzie na swoich stanowiskach musieli robić kolejne studia (w celu wydania kasy, bo na tych studiach jest wiedza, którą już często posiadają...) - już nowe plany zmian powstały w tym kierunku :/.

To, że zawsze znajdą się tacy, którzy będą narzekać na innych, którzy będą złorzeczyć na nauczycieli (podczas, gdy często sami niewiele robią w kierunku wychowania i edukacji swoich dzieci…), to oczywiste. Zawsze tak było, jest i będzie. Jednak ja pamiętam jeszcze czasy, gdy nawet jeśli rodzic nie lubił nauczyciela, to nie pozwolił dziecku źle o nim słowa powiedzieć. Mnie i moje rodzeństwo również w domu wychowywano tak, abyśmy szanowali nauczycieli. W sumie, to każdego mieliśmy szanować i tak jest ;). Jeśli przychodziłam ze szkoły zła, że zostałam niesprawiedliwie oceniona czy potraktowana (zdarza się najlepszym), to mama mówiła „Zastanów się czy nauczyciel nie miał racji” i był koniec dyskusji. Nauczycielowi, jak każdemu innemu dorosłemu należał się szacunek. Po latach, gdy już dorosłam dostatecznie dowiedziałam się, że niektórych nauczycieli moja mama szczerze nie lubiła tak samo, jak ja :P.
Uważam, że rodzice mają prawo być niezadowoleni, mają prawo psioczyć na nauczycieli, którzy nie wypełniają swoich obowiązków, ale nie przy dzieciach!!. Dzieci powinny wiedzieć, że niezależnie od sytuacji innego człowieka TRZEBA szanować!.
Jeśli nie nauczymy ich, że szanuje się drugiego człowieka, to nie będą szanowały i nas samych. Komentując w zły sposób innych ludzi w obecności dziecka, sami zaciskacie sobie pętlę na około własnej szyi. Bo dziecko dojdzie do wniosku, że skoro nie musi szanować nauczyciela, bo jego zachowanie mu się nie podoba, nie musi szanować pani w sklepie, bo tez mi się nie podoba jej wygląd, czy sposób bycia, to dlaczego ma szanować rodziców?. Przypominam, że każdy w pewnym momencie natknie się na czas, gdy jego dorastające dziecko będzie miało swoje poglądy i będzie mu się wydawało, że jest mega dorosłe i wszystko wie lepiej. Wtedy to uzna, że nie musi szanować rodziców, skoro według niego również zachowali się źle (tak, jak wcześniej nauczyciel czy sprzedawca).
To jednak już temat na inny raz. I tak się mocno rozpisałam :P

Pozdrawiam,
Agafi