poniedziałek, 25 czerwca 2018

Dzisiejsze "podstawowe" wyposażenie dziecka na wycieczkę...

WAKACJE!! Zasłużony odpoczynek dla wszystkich!
   No... przynajmniej dla dzieci i młodzieży, bo u rodziców ciężko mówić o wakacjach i odpoczynku ^^. Jednak nie o tym miało być, to tylko wstęp.

   Zanim wakacje na dobre zawitały w nasze progi, był czas klasowych wycieczek, grilli, ognisk i różnorakich wypadów szkolnych. Wraz z klasą mojej córci (zerówka) wybrałam się na jedną z takich wypraw. Wycieczka klasowa, wielka wyprawa małych stópek. Cudownie. Zadowolone dzieci i zadowoleni dorośli gromadzili się czekając na autokar, który miał zabrać nas w miejsce docelowe. Pogoda dzień wcześniej groziła odwołaniem całej wyprawy, to też tym bardziej wszyscy byli zachwyceni, że się unormowała. Nie była może wyśmienita, ale wystarczająca. 

   Dla mnie na takie wycieczki podstawą jest:
- ubiór na tak zwaną cebulkę + ewentualnie przyszykowanie na wszelki wypadek kurtki/płaszczyka, czegoś przeciwdeszczowego w razie deszczu.
- przyszykowanie prowiantu - jeśli wiem, że w czasie wycieczki ma być zapewniony posiłek, to szykuję niewiele, coś dodatkowego czy "na wszelki wypadek", bo różnie bywa z jedzeniem w obcych miejscach. (Ponieważ dodatkowo jechałam również z najmłodszą, tak więc miałyśmy ze sobą bułkę z kremem czekoladowym, pokrojone jabłko i marchewkę, dodatkowo herbatniczki)
- obowiązkowo picie!.

   Z przerażeniem obserwowałam to, co działo się w autokarze w czasie naszej jazdy w obu kierunkach... i nie chodzi o zachowanie dzieci, bo cóż... to dzieci!. Jeszcze bardzo małe, które nie są oswojone z takimi podróżami i nie do końca jeszcze wiedzą, jak powinny się zachowywać, a jak nie. No i to oczywiste, że w czasie jazdy, będąc zachwycone swoją wyprawą, ciesząc się z wycieczki i popisując przed kolegami/koleżankami będą zachowywały się, jak małe zwierzątka wypuszczone z klatki, jeśli mogę to tak określić ^^.
   Przypomnijcie sobie swoje wypady klasowe!. Ja pamiętam, że nawet starsze dzieciaki i młodzież na wycieczkach zachowywały się często, jak stado dzikich orangutanów (dobry nastrój, wygłupy, popisy, dowcipy itp.). To przecież całkowicie normalne zachowanie. Oczywiście pewne zachowania, wykraczające ponad normę, dobre wychowanie czy bezpieczeństwo należy ukrócić, to wiadomo. U nas również nie obeszło się bez upomnień i tłumaczeń, ale... 
   Szczerze?, nie przyszłoby mi do głowy, aby na wycieczkę dać dziecku chipsy, chrupki, żelki czy inne kulkowe, cukierkowe łakocie. Dlaczego?. Nie dlatego, że to niezdrowe. Wszystko z tego gatunku w granicach rozsądku jest dopuszczalne - takie mam zdanie. Jedak połączenie małe dzieci+ autokar+ wyżej wymienione jedzenie... efekt?. Totalnie, całkowicie zaśmiecony autobus!!. Wszędzie walały się żelki, chrupki, a na koniec również rozsypane chipsy i tona papierków różnego rodzaju i kształtu. 
   Ktoś powie, że przecież śmiecić można wszystkim. Jasne, to tylko dzieci, kawałki kanapek też się zdarzyły. Ale trudniej jest się popisywać kanapką i trudniej ją "rozsypać" po całej przestrzeni życia ^^. Rzadziej również się zdarza, aby dzieci rzucały do siebie kanapkami i częstowały się nimi poprzez kilka siedzeń do przodu czy tyłu ^^.

   Wielu rodziców zapewne nie zdaje sprawy, jak to wygląda w rzeczywistości. Dają swoim dzieciom łakocie na czas wyprawy, a nie na podróż. Każdy sądzi, że dzieci będą grzecznie zajadały się tym, już na miejscu, najpewniej przy jakimś stoliku czy na ławeczce w czasie przerwy. Otóż nie! i tu raz jeszcze odsyłam was do dalekich zakamarków waszej pamięci ^^. Jak to wyglądało na waszych wycieczkach?.
   W rzeczywistości jest tak, że gdy tylko autobus rusza w trasę, dzieci otwierają swoje torby, plecaki i torebki, by zjeść lub zwyczajnie pochwalić się tym, co mają w ich wnętrzach.

"Ja mam lizaka, drożdżówkę z czekoladą i chipsy, a Ty?". Czasami lista jest dłuższa i bardziej urozmaicona, czasami na fotelu pasażera nagle ląduje wszystko, co znajdowało się chwilę wcześniej w pakunku.

   Wydaje mi się, że nie tylko ze względu na porządek warto zastanowić się, co dajemy naszym dzieciom do jedzenia. Przecież dieta powinna być urozmaicona i niejednolita, dobrze byłoby również, aby była zdrowa. 
   Nie jestem zwolennikiem likwidacji wszelkiego "dobra" czyli słodkości i tzw. "śmieciowego jedzenia", jednak warto je ograniczać, gdy wszędzie jest ono dostępne. Przypominam, że dzieci najczęściej na wyprawę dostają również jakieś pieniądze w celu zakupienia pamiątki, ale często wydawane są one również na dodatkowe łakocie czy inne żarełko. Nie uniknie się tego, a zakazy i nakazy spowodują tylko bunt w pewnym monecie.
   Co zatem zapakować?. Cóż... najpierw wypadało by dziecko oswoić ze zdrowymi zasadami. U nas w domu, do szkoły daję im kanapki (z szynką, serem, pasztetem + ogórek, pomidor, czasem kanapki są z czekoladą) + owoc/warzywo. Ponieważ ja sama jestem owoco/warzywno żerna, moje dzieci (chwała Bogu!) odziedziczyły to po mnie ^^. Czasami dostaje dyspozycje "Czy mogę dzisiaj mieć marchewkę i jabłko?". W szkolnym plecaku głównie goszczą: jabłko, gruszka, banan, marchewka. Coś co nie będzie się "paprać" i rozwalać nadmiernie oraz co łatwo jest zapakować do plecaka. 
Podobnie rzecz ma się w sumie w czasie wypraw. Czasami dostaną dodatkowo jakiegoś rogala z czekoladą czy toffie, jakąś drożdżówkę z serem czy inne dobro. Bywa również, że zaszyje się tam również jakiś batonik czy ciasteczko ^^. 

Daleko szukać!
   Syn jest w klasie sportowej i po za tym, że ma codziennie wf, to trzy razy w tygodniu są te po dwie godziny na basenie. Koledzy namiętnie po lekcji okupują maszyny z łakociami, co wprowadza zamęt, chaos i kłótnie, denerwuje nauczycieli i zaburza dyscyplinę. Mój również chciał sobie coś tam kupować, ale przedyskutowałam z nim to i doszliśmy do porozumienia.
Moje argumenty?:
- te batony itp. w maszynach są o wiele droższe i szkoda kasy,
- pani się denerwuje i tracicie czas, bo każdy chce do maszyny, a wiadomo, że kilka osób na raz nie da razy kupować z maszyny,
- rozumiem, że po takim wysiłku potrzebujesz węglowodanów, dlatego umowa jest prosta. Kiedy idziecie na basen, pakuję Ci do plecaka dodatkowo do śniadania szkolnego batonika. (batonik jest zbożowy, z witaminami i małą zawartością czekolady, wystarczająco dla zaspokojenia pokusy i utraconej energii ^^).
   I tak przetrwaliśmy ten rok szkolny. Syn zadowolony, bo batoniki mu smakują i je ma, a dodatkowo pieniądze zaoszczędzone :P. Matka zadowolona, bo dziecko je zdrowiej i nie drażni nauczyciel ^^, a dodatkowo jest zadowolone. A wiadomo! Zadowolone dziecko = zadowolony rodzin ^^.

   Uwierzcie mi, że wszystko się da zrobić. Do wielu rzeczy dzieci przyzwyczaić i wielu ich rzeczy nauczyć. Wycieczka też będzie udana bez tych wszystkich łakoci i śmieci ^^. Czy chcemy uczuć dzieci przepychanek typu "Ja mam to i to, a Ty nie!"?. Ja na pewno nie.
I z tym pytaniem was już na dziś pozostawiam.

Pozdrawiam,
Agafi


czwartek, 31 maja 2018

Dziecku tak niewiele potrzeba do szczęścia

   Sytuacja na froncie wygląda obecnie następująco:
   W przebudowie mamy jeden z mostów (jeden z głównych, a w zasadzie ten najpopularniejszy), konkretnie stary most rozbierają doszczętnie, a na jego miejscu (tudzież tuż obok) postawią całkiem nowy). Tak czy siak masakr totalna, paraliż na ulicach, sodoma i gomora... ^^
   Szczerze?, chyba się cieszę, że nie mam jeszcze prawka i wolę iść na około, drugim mostem na nogach ^^. Jak coś muszę załatwić na mieście, to idę, jak starsze są w szkole. Mała w wózku, to jej wsieradno ;) i jeszcze ma frajdę, bo widoki różne, ciekawe i spacer zalicza.

   No i jest mega atrakcja "sezonu", szynobus (taki pociąg jakby), który przewozi ludność do centrum miasta przez most kolejowy. Ułatwienie jest, a pewnie!, ale przeludniony z rana masakrycznie, a schody to ma takie, że nawet wnieść wózek ciężko... To ja podziękuję, jak mam coś iść dalej załatwić...

   Pewnie się zastanawiacie do czego zmierzam, skoro tak "źle i niedobrze" i gdzie tu w tym wszystkim szczęście dzieci?.
   Otóż dziś, jak wiadomo wszystkim, a przynajmniej większości - dzień dziecka ^^. Z tej okazji obiecałam dzieciom "przygodę życia". Idziemy na szynobus i jedziemy do rynku na przepyszne, duuuże lody ^^. Też sobie zrobię dzień dziecka, a co ^^.

   Od tygodnia słyszałam pytania córy "kiedy ten dzień dziecka?" ;). Dziś z rana syn się przebudził i pyta "kiedy tym szynobusem będziemy jechać?", gdy odpowiedziałam, że dzisiaj, w odpowiedzi usłyszałam "Jeeee!" - oczywiście ściszonym głosem, aby śpiącej siostry nie obudzić ^^.

   Dlaczego to dla nich takie szczęście i tak wielka atrakcja?. Przede wszystkim łączy w sobie kilka ważnych dla dzieci elementów:
- Czas spędzony razem,
- Wyprawa z mamą,
- Przejażdżka czymś, czym jeszcze nie jechali - do tego czymś co jeździ po torach ^^,
- Lody!!
   Te elementy składają się w jedną całość. Coś się będzie działo!, Będzie coś nowego i fajnego, a do tego pysznego!.

   Najbiedniejsza w tym wszystkim matka, bo musi najmłodsze 10 -cio (a może już 11-sto) kilowe dziecię nieść na rękach, a potem tego ruchliwca upilnować, żeby przy lodziarni nie uciekało ^^'. Jednak czego się nie robi dla dzieci i ich zadowolenia! ^^. Damy radę, a co!. Jak nie matka, to kto?. Ojciec niestety w pracy :(.

   Prawda jest taka, że dzieciom naprawdę wiele do szczęścia nie potrzeba. Wystarczy trochę naszej uwagi i cennego czasu, kilka nawet niewielkich atrakcji, nawet wyprawa do jakiegoś obcego parku, na plac zabaw czy właśnie przetoczenie się po torach pociągiem lub innym dziwolągiem ;), coś dobrego do zaspokojenia kubków smakowych. 
   Najtrafniejsze jest sformułowanie, że dziecko brudne i zmęczone(byle nie do przesady z tym drugim, bo może być niefajnie!), to dziecko szczęśliwe ;).

   Tak więc na zakończenie - bo moja kochana szarańcza już tu krąży obok ^^ - wszystkim życzę udanego dnia dziecka i wszystkiego co najlepsze!. Pamiętajcie, by nigdy w sobie nie zabijać dziecka, które tkwi w nas głęboko ^^.

Pozdrawiam,
Agafi


sobota, 12 maja 2018

Pogratuluj dziecku!, nawet jeśli dla Ciebie to dane zdarzenie jest bzdurą

   Wczoraj oglądałam nowy odcinek jednego ze swoich "filmów" - nie ma większego znaczenia co to, znaczenie ma zaś treść i przesłanie, które powinno się z niego wynieść. To właśnie uwielbiam w tym najbardziej! Są kraje, gdzie twórczość zawsze niesie ze sobą piękne przesłania, która daje do myślenia (szkoda, że tak wiele osób tego nie zauważa i ślepo widzi w tym tylko "bajeczkę", ale cóż poradzić na ludzką ślepotę i głupotę? ^^).
   Wracając do tematu. Pewna grupka dzieci, nastolatków w pierwszej fazie tego okresu zdawała egzamin, który dla większości znaczył naprawdę wiele. Zapewne dla niektórych był kwestią "życia i śmierci" w ich nastoletnim mózgu ;). Po zaliczonym egzaminie ich dzieci, dwóch ojców wymieniło dosłownie 3 zdania w tym temacie. Pierwszy zdziwił się, że ten drugi nie okazuje zadowolenia i dumy, więc zwrócił mu uwagę, że mógłby się trochę rozchmurzyć choć raz. Na to drugi odpowiedział mu "Czy należy świętować rzeczy oczywiste?" po czym odszedł. Pomijając fakt, że dla tej postaci to zachowanie jest standardowe (zresztą sam podobnie traktowany był przez swojego ojca), to nasunęła mi się myśl - dla mnie oczywista.

   Czy należy świętować rzeczy oczywiste? - w przypadku dziecka, zwłaszcza własnego? TAK, zawsze i wszędzie!. Tak wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkie znaczenie ma nasza reakcja dla dzieci. Jak wiele znaczy dla nich dobre słowo, uśmiech, przytulenie.
   Jasne... część z tych dzieci po latach zrozumie "mój ojciec, moja matka po prostu taki/taka jest", a część do końca życia będzie chować urazę do swojego rodziciela za jego oschłość  brak okazywania uczuć, miłości i dumy ze swojej pociechy.
   Uraza do rodziców to jednak najmniejszy problem. Bowiem brak aprobaty, brak pochwał i obojętność na rzeczy ważne dla dziecka najczęściej skutkuje obniżeniem jego własnej wartości. To z kolei pogłębia się z wiekiem i powoduje mnóstwo problemów w szkole, pracy, życiu społecznym. Część osób o niskiej samoocenie nie umie sobie poradzić z wieloma rzeczami, albo są zwyczajnie wykorzystywani przez innych i czasem nawet dodatkowo gnębieni. Pomijam już fakt, że takie osoby gnębią siebie same, co prowadzi do jeszcze gorszych problemów.
  Jasne, da się z tego wyjść, ale ogromnym kosztem, a niektórym się to nie udaje wcale. Warto zatem zastanowić się czy chcemy tego dla swoich dzieci. Obserwujmy siebie samych i zastanówmy się czy, aby na pewno należycie reagujemy na zaangażowanie naszych dzieci. Czasem można coś przeoczyć, bo rzeczy dla nas proste i oczywiste dla dziecka mogą być cudem świata lub największym wyczynem.
   Jeśli widzisz, że Twoje dziecko opowiada Ci o czymś, - choćby o bzdurce - z wielkim entuzjazmem, również wykrzesaj z siebie ten entuzjazm, jakby i dla Ciebie, to co się dzieje było tak samo niewiarygodne, jak dla Twojego dziecka.

   Wiem i ubolewam nad tym, że do pewnych ludzi - tych, do których najbardziej powinno - to nie dotrze. Zal mi dzieci/ludzi, których rodzice nie okazują/nie okazywali nawet minimum zadowolenia z nich, a potem, gdy doprowadzili własne pociechy do niskiej samooceny - do stanu, w którym inni wykorzystują ich lub niczego nie są w stanie osiągnąć, bo zwyczajnie w siebie nie wierzą - nazywają ich nieudacznikami i mówią, że im wstyd. 
  Tak powinno być im wstyd, ale za siebie samych!. A tak niewiele trzeba, aby uniknąć tego, by zwiększyć prawdopodobieństwo, że dziecko będzie w przyszłości człowiekiem pewnym siebie i swojej wartości!.

   Oczywiście nie wykluczam tego, że czasem niska samoocena bierze się z innych powodów - środowisko rówieśnicze, charakter osobisty danego człowieka i wiele innych. Znam takie przypadki osobiście. Mimo to uważam, że rodzice, jako pierwsze i najważniejsze osoby w życiu człowieka (również pierwsze środowisko) mają największy wpływ na naszą samoocenę.
    Sama, gdy widzę, że moje dzieci w siebie w jakichś sytuacjach nie wierzą, to robię wszystko, aby wesprzeć ich i udowodnić, że dadzą radę. Rozmawiam, podaje przykłady innych trudnych zdarzeń/rzeczy, jakie pokonali/wykonali. Mówię, jak dumna z nich jestem oraz, że WIERZĘ W ICH!. Jestem pewna, że sobie poradzą i z tym. Wierzę, że poradzą sobie ze wszystkim, a w razie czego obok jesteśmy my, ich rodzice ^^.
Czy muszę podawać tu przykłady?. Jeśli tak, to proszę:
- Pogratuluj dziecku, że samo ubrało but/skarpetkę/spodnie - nawet jeśli inne dzieci w jego wieku już dawno to potrafią. Zwłaszcza, gdy sprawiało mu to problem. Nie zbywaj, go słowami, że "ktoś" już to umie od dawna, inni już to potrafią, a Ty?
- Powiedz, że jesteś dumny/a, bo udało mu się połączyć klocki, ułożyć puzzle - to nie ma znaczenia ile ich było i jakiej są wielkości, dla Twojego dziecka mogło być to wyczynem.
- Chwal każdą ocenę, zaliczoną klasówkę, kartkówkę, pracę domową i szkolną. A jeśli coś pójdzie nie tak nie krzycz, nie złość się Powiedz, że szkoda, ale trudno, zdarza się najlepszym,a wszystko można poprawić.

Zwróćmy większą uwagę na nasze dzieci, to co ich cieszy, fascynuje i bawi. Na ich małe i duże problemy. A przede wszystkim zwróćmy uwagę na siebie samych i nasze zachowania w stosunku do nich.

Pozdrawiam,
Agafi

poniedziałek, 7 maja 2018

Wolne od rzeczywistości

   Znów mnie długo nie było, tak wiem i postaram się poprawić. Łatwo nie jest. Natłok wszelkich obowiązków, choć to nie nowość ^^, do tego szkoła mojego dziecka chce wykończyć jego, a przy okazji mnie,  średnie charakterne (po mamusi :P) przechodzi obecnie bunt, no i najmniejsze, które biega w około i ostatnio złości się o każdą rzez, która nie wyjdzie po jej myśli ;). Zatem w domu jest bardzo głośno ostatnio ^^.
   Zajęłam się sprawami związanymi z moja przyszłością (niedaleką i mam nadzieje dłuuugą) i powiem szczerze, że czasem to nie wiem od czego zacząć i w co ręce włożyć najpierw. Na wiele spraw zwyczajnie nie mam czasu, a czasami nie ma już siły, ale przede wszystkim ostatnio zajmuje mnie to, czemu chce poświęcić najbliższą przyszłość, a na czym mam nadzieje uda się też zarobić.
   W związku z powyższym (wstyd się przyznać), ale nie napisał NIC nowego... ani słowa -_-'.

   Nie o tym jednak chciałam dzisiaj pisać, a o ostatnim długim weekendzie i naszych "zasadach" w czasie tego typu.
   Otóż jest u nas taka niepisana i niemówiona umowa, że kiedy wyjeżdżamy na wakacje, to wszelkie sprzęty typu laptopy, tablety itp. zostają w domu. Wyjątkiem jest telefon, ale tylko w celu kontaktu z rodziną, ewentualnie służy za mapę czy informację turystyczną ;). Co prawda zazwyczaj wyjeżdżamy w miejsca, gdzie i tak zasięg jest znikomy, albo w ogóle go nie ma :P...
   Dzięki temu zabiegowi wszyscy wypoczywają na max i każdy ma dla każdego czas. Jeździmy, zwiedzamy, łazimy, wędrujemy. Szukamy tego, czego nie mamy na co dzień, a co spodoba si dzieciom i przy okazji do-edukuje je.

   Tym razem nie były to może typowe wakacje, ale wykorzystaliśmy do tego długi weekend majowy ^^. Wyjechaliśmy na 4 dni w Bieszczady i zaliczam ten wypad na 6+.
   Nie dość, że dzieciaki ucieszyły się z niespodzianki, bo nie wiedzieli o wyjeździe i dowiedzieli się dopiero na jakąś godzinkę przed ^^, to jeszcze po każdym dniu mówili, że było fajnie, a wieczorem padali zmęczeni i zadowoleni ;).

   Byliśmy nad Soliną(dwa dni z rzędu), którą dzieciaki pokochały w zeszłe wakacje. Odwiedziliśmy Żubry zagrodowe w Muczne - tam są hodowane i przygotowywane do wypuszczenia na wolność. W muzeum byliśmy w okresie wakacyjnym, a teraz zwiedziliśmy wystawę w Muczne przy Centrum Promocji Leśnictwa. Przyznam, że okazy zachowane w naprawdę doskonałym stanie, niemal niczym żywe. Pan, który oprowadza jest niesamowicie sympatyczny i potrafi zaciekawić zarówno dorosłych, jak i dzieci. Do tego ma do tych drugich podejście i zachęca do własnej aktywności oraz sprawdza i pogłębia ich wiedzę.
   W czasie wyjazdu dodatkowo widzieliśmy całą masę żywych jaszczurek, ropuch, żab, najróżniejszego ptactwa, nie wspominając o koniach, krowach, owcach itp., a nawet kilka węży(co prawda te ostatnie już po drugiej stronie...ale jednak ^^)
   W ostatni dzień dzieci polowały na żabki pływające w stawie przy naszym domku, a ja siedziałam (udając, że mnie nie ma) i też polowała, ale aparatem na te same stworzenia. Nagrałam nawet ich słodkie kumkanie i jednego rechotka, któremu napinały się baloniki w czasie zalotów ^^. W każdym niemal potoku, w każdej rzece, w każdym baseniku i stawiku można było zaobserwować różnej wielkości kijanki.
Były oczywiście też motyle, muszki, żuczki i inne robaczki ^^. Istny raj dla dzieci i mnie - fotografa ^^.
Zazwyczaj w czasie takich wakacyjnych wypadów uruchamia się mi wena, dlatego i tym razem zabrałam ze sobą wydrukowane moje ostatnie powieści z myślą o kontynuacji. Okazało się jednak, że 4 dni to za mało, a dodatkowo spędzaliśmy je tak bardzo aktywnie, że wieczorem oczy same mi się zamykały i nic z tego nie wyszło.

Musze przyznać, że takie wypady niesamowicie regenerują akumulatory człowieka. Kocham to i polecam każdemu!. Przyjemne z pożytecznym, a cała rodzina zadowolona! ^^.

Pozdrawiam,
Agafi

wtorek, 17 kwietnia 2018

Hero comeback & nowa przyjaciółka ^^

    Miałam rozpocząć ten post od tego, że pewnie zastanawialiście się, gdzie też się podziewam, ale chyba nikt tu za mną nie tęsknił. Nic to, znów popiszę sama do siebie ^^.
    Gdzie byłam, kiedy mnie nie było?. Głównie pochłonęło mnie życie codzienne i natłok obowiązków, który wypompował mnie na krótka chwilę. Ogarniałam w tym czasie dom, dzieci, szkołę, naukę i całą resztę. Powiem szczerze, że dawno nie czułam się tak zmęczona, jak w ostatnim czasie. Teraz powoli odżywam. Obowiązków wcale nie jest mniej, ale za to mam nowe cele, które staram się powoli wypełniać. Oby starczyło mi sił i samozaparcia, a przede wszystkim szczęścia w niedalekiej przyszłości ^^.
    Dodatkowo nadeszła wiosna i wreszcie zaczyna robić się ciepło i przyjemnie na tyle, by można było wznowić rodzinne weekendowe wyprawy. Zaliczyliśmy w ostatnim czasie takowe dwie. Jedna z nich do Krakowskiego zoo, a druga do Krynicy - pijalnia + wędrówka po górze parkowej na sam szczyt i z powrotem ^^. Jednak dziś nie o tym.
   Skoro już zebrałam się do pisania, to chciałam "pochwalić" się, że ostatnio uczyniłam dzieciom przyjemność i własnoręcznie uszyłam im pluszaki ^^. Wydają się być zadowolone, zwłaszcza córcia, która teraz ze swoim różowym kotem (tak, różowym ^^) śpi i zabiera go na wyprawy, a raz nawet był z nią w szkole - w piątki wolno im przynosić zabawki ;).

Dziś jednak, przede wszystkim chciałam przedstawić wam moja nową przyjaciółkę.

Oto królowa Zofia II z rodu Łucznik ^^


   Jak przystało na królewski ród jest kapryśna, więc na chwilę obecną próbuje się z nią dogadać ^^'.

    A tak na serio... pomimo iż jakąś tam smykałkę mam, że w rodzinie po stronie mamy (z nią włącznie) same uzdolnione w tej dziedzinie kobiety, to ja sama maszyny w ręku nigdy nie miałam. Nie pytajcie mnie, jak to się stało, bo sama nie wiem.
Uczyłam się od mamy robienia na drugach, a potem majstrowania szydełkiem, ale jakoś maszyna w zestaw naukowy nie weszła ^^ i tak oto, teraz na "stare lata" zabrała się matka pola za szycie na maszynie ^^.

   Trzymajcie kciuki, co bym dogadała się z jaśnie panienką Zosią ^^


Pozdrawiam,
Agafi

sobota, 31 marca 2018

O przyjaźni słów kilka

   Przyjaźń - to słowo ma wiele definicji, a jeszcze więcej zwolenników. Jednak jeśli skupimy się na ludziach i doświadczeniu, a nie na jałowych definicjach, szybko okazuje się, że wiele osób ma do tematu zupełnie inne podejście.
   Dzieci na przykład często w początkowej fazie zawierania znajomości - przedszkole, zerówka, pierwsze lata szkoły - nie odróżniają znajomych, kolegów od przyjaciół. Sama całkiem niedawno tłumaczyłam swojej córki tę "subtelną" różnicę, gdy o jednym z jej znajomych powiedziałam "Twój kolega", a ona odrzekła, że "on nie jest moim kolegą". Wyjaśniłam jej zatem, że te osoby, które chodzą z nią do jednej klasy, to jej "koledzy i koleżanki z klasy", natomiast te osoby, z którymi trzyma się najbliżej i czuje się w ich towarzystwie dobrze to przyjaciele/przyjaciółki.
   Oh!, żeby to zawsze było takie proste nie? ;). Gdy jesteśmy starszy, gdy dorastamy sprawa już nie jest taka łatwa i przyjemna. Szybko bowiem okazuje się, że ktoś może być "kolegą z klasy", ale wcale nie jest dobrym kolegą. Zaczynają się ujawniać nasze antypatie, a czasem (w skrajnych przypadkach) nienawiści. I nie mam tu na myśli nienawiści z zawiści ^^.
   Są ludzie, którzy twierdzą, że jeden przyjaciel to cud, a dwóch i więcej to złudzenie. Nie mogę się tym zgodzić, choć fakt faktem o prawdziwego przyjaciela trudno.
   Wiecie, jak ja to zawsze widziałam?. Mogę kogoś nie lubić, ktoś mógł nie przypaść mi do gustu, lub zwyczajnie "nie toleruję nietolerancji" ^^, ale do nienawiści daleka droga. Zresztą ja za szybko wybaczam, by nienawidzić. W końcu jesteśmy tylko ludźmi ;) . Oczywiście wybaczyć, a zapomnieć to dwie różne rzeczy. Naiwna to ja nie jestem ;). 
   Jeśli zaś mówimy o przyjaźniach i znajomościach to wygląda to u mnie następująco:
- Przyjaciel to ktoś, komu wiem, że mogę zawierzyć moje problemy, ktoś z kim mogę otwarcie rozmawiać - i działa to w obie strony, bo tak samo ta osoba może zawierzyć mnie i otwarcie rozmawiać ze mną na różne tematy, łącznie z wytykaniem pewnych mało przyjemnych spraw. W końcu najważniejsza jest szczerość.
- Kolega/koleżanka najczęściej odnosi się to do znajomych z dawnych czasów (ale nie tylko), z którymi utrzymywałam dobre kontakty, ale nie na tyle bym mogła powiedzieć o wszystkim. Te znajomości zakończyły się, bądź też nie, ale nie mamy stałych kontaktów.
- Znajomy, to ktoś kogo znam. Znamy się, ale ani nie uważam tej osoby za przyjaciela, ani też nie jest jakąś szczególna osobą w moim życiu. Być może nawet nie przepadam za ta osobą, ale jednak znamy się ;).

   Szczerze?. W moim życiu spotkałam sporo prawdziwych przyjaciół, z którymi mam kontakt po dziś dzień. Jedni to przyjaciele jeszcze z dzieciństwa, inni zostali "odkryci" całkiem niedawno ;). Mogę uważać się za osobę szczęśliwą pod tym względem, bo wiem, że gdy coś będzie źle - mam do kogo się udać i wiem, że te osoby pomogą mi tak, jak tylko będą umiały. 
   Ponadto swoją rodzinę - a przynajmniej sporą jej część, również uważam za przyjaciół. Bo jeśli mogę w ich towarzystwie powiedzieć wszystko, a oni mnie i jeśli wiem, że mogę na nich liczyć, a oni na mnie, to czym to jest jeśli nie przyjaźnią?. Status "rodziny" nie wyklucza miłości i przyjaźni. Dla mnie moim przyjacielem jest mój mąż, moja mama, siostra, bratowa. A wiem, że i w sytuacjach kryzysowych przyjaciół znajdzie się po rodzinie i dalej więcej ;). W końcu, jak to się mówi "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie".

   Ostatnio natrafiłam na pytanie "Czy przyjaźń jest wieczna?". Według mnie - wykluczając te zakończone zdradą - prawdziwa przyjaźń twa wiecznie. Nawet jeśli miałam w dzieciństwie przyjaciela i on zawsze przy mnie był, ale teraz z różnych względów nie utrzymujemy stałego kontaktu (rodzina, dom, praca, brak czasu, odległość itp), to przecież nie zrobił nic (ani ja), co przyjaźń przekreśliło, nieprawdaż?. Zatem w moim odczuciu ta osoba nadal jest moim przyjacielem. Nawet jeśli spotka nas śmierć, przyjaźń nie znika, bo pozostaje w naszych wspomnieniach i sercach.

   Niejeden na przyjaźni się sparzył, bo zawierzył i zawiódł się. Tak bywa, ale z drugiej strony takie doświadczenia uczą nas być ostrożniejszymi, czujniejszymi oraz tego, że ludzie bywają różni. Czasem okazuje się, że dwie strony chcą przyjaźni, ale każda z nich inaczej to widzi. Są również przypadki, gdy ktoś wykorzystuje inną osobę, która szuka lub chce dać przyjaźń innym w okół siebie.
   Warto czasem zastanowić się czego tak naprawdę oczekujemy od przyjaciela, a potem przewertować w głowie te informacje oraz osoby nas otaczające, by dowiedzieć się, kto faktycznie zasługuje na miano przyjaciela.


Tym, jakże pozytywnym akcentem kończę mój krótki post ^^
i z tego miejsca pragnę wam złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji jutrzejszego święta!

Zdrowych, pogodnych oraz pełnych ciepła, siły i błogosławieństwa Bożego świąt Wielkanocnych!!


Pozdrawiam,
Agafi

sobota, 17 marca 2018

Nienormalności ciąg dalszy

      Jako, że w niedziele położyła mnie choroba i to do tego stopnia, że nie byłam w stanie zrobić nic, a pół dnia przespałam (nawet oddychanie było nie lada sztuką!!), w poniedziałek wybrałam się do lekarza. Dopiero po powrocie muża z pracy, co prawda, ale ( idź popołudniu mówili, będzie mniej ludzi mówili... ^^' ). Chyba nie muszę tego komentować :D. Wystarczy jedno zdanie - jak przyszłam w poczekalni było czarno i czekałam w kolejce (bagatela!) dwie godziny ^^.

     Jednak do rzeczy. 

Wiecie... każdy normalny człowiek czekając w przychodni rozmawia z innymi ludźmi, czyta książkę, przegląda telefon ewentualnie przez niego rozmawia. A co robi wasza ukochana blogerka?. No jak to co? - PISZE SWOJĄ KSIĄŻKĘ!!
     No przecież!. To takie normalne i naturalne w życiu każdego człowieka -_-'.

      Spora część osób zerkało na mnie dziwnie, zapewne zastanawiając się co ja tam tak bazgrzę w tym zeszycie. Zwłaszcza, że obok mnie siedziała pewna bardzo sympatyczna pani w średnim wieku (w sumie to raczej zaawansowanym średnim), która miała mnóstwo do powiedzenia, na każdy temat i często bardzo zabawnie. 

    Żeby nie było!. W żaden sposób nie okazałam pani braku szacunku czy coś!. Na samym początku, gdy koło niej usiadłam zagadała mnie i uważnie oraz z uśmiechem na ustach wysłuchałam opowieści o jej chorej ręce, operacji oraz lekarzu, którego darzy sympatią ^^. Później pani poszła gdzieś indziej, a gdy wróciła zajęła się innymi osobami w poczekalni, a ja byłam pochłonięta już myślami zanurzonymi wraz z moim nosem w zeszycie ^^.
    Przez moment pomyślałam "Gdyby wiedzieli co robię zdziwiliby się jeszcze bardziej!". Jednak tak naprawdę mogłam przecież robić cokolwiek. Uczyć się, pisać do kogoś list (O! to by dopiero było zaskoczenie w dzisiejszych czasach. Młody człowiek piszący listy, hehehe ^^), mogłam sobie notować co mam do zrobienia lub tworzyć listę zakupów... No przecież!. Człowiek może robić masę różnych rzeczy na kartce papieru za pomocą długopisu!.

      To nie zmienia faktu, że chyba nie do końca jestem normalna ^^. A raczej tylko potwierdza, że normalności to we mnie zostało już naprawdę niewiele :P. 


Jednakowoż: Kto jest normalny?, jaka jest definicja normalności? - Normalność to coś co mieści się w normach czegoś, czyli... na 100% nie jestem normalna, a skoro nie jestem, to znaczy, że jestem... anormalna? ^^

Według Słownika Języka Polskiego PWN:
1. «bycie normalnym, zgodnym z normą»
2. «zdrowie psychiczne i fizyczne»
3. «życie toczące się według ustalonych, znanych praw i zwyczajów»

O tym pewnie jeszcze kiedyś będzie ;). Teraz to już lepiej tego tematu nie zaczynać ^^'

No to co?. Kto ma ochotę, niezmiennie zapraszam do czytania! ^^


P.s. wybaczcie, że tyle musieliście czekać, ale w głowie urodził mi się nowy wątek... i oczywiście musiałam go spisać, więc.. to co tu zamieszczam poniżej, to świeżutkie, napisane w ostatnich dniach literki ^^

ciąg dalszy się pisze :)


Wtorek, 06.09.

Anna i Wiktor mieli tego dnia prawdziwy młyn w pracy. Zupełnie, jakby wszystkie zwierzęta w okolicy postanowiły zachorować lub mieć jakieś problemy właśnie tego, jednego dnia. Nawet z pomocą Anny i Halinki młody weterynarz z początku nie bardzo wiedział w co ręce włożyć. A wydawało by się, że to takie proste. Wystarczy kolejność przyjęć. Jednak nie sprawdza się to w sytuacjach, gdy zjawiają się zwierzęta ze zbyt wysoką, czy obniżoną gorączką, po wypadku lub też z mocno krwawiącymi ranami. Nic też dziwnego, że nastał moment, w którym właściciele czworonogów zaczęli się wykłócać pomiędzy sobą, kto jest ważniejszy i w większej potrzebie. Halinka sprawnie i z pełną powagą bardzo szybko ukróciła to zachowanie przybyłych. Szybko stało się dla wszystkich jasne, że to Wiktor będzie decydował o kolejności przyjęć, bo to on zajmuje się leczeniem i wie, jakie są priorytety w takich czy innych przypadkach.
Anna była pełna podziwu dla charakteru i odwagi Halinki oraz dla pełnego opanowania Wiktora. Na jego miejscu większość osób już dawno wybuchnęła by, jak jego pracownica lub nawet gorzej. Ona sama z kolei nie bardzo wiedziała co ma zrobić w tej sytuacji. Widziała, że napięcie w ludziach rosło coraz bardziej i zaczynali być coraz głośniejsi. Ich zachowanie i brak reakcji ze strony Wiktora zdezorientowały ją całkowicie. Cieszyła się w duchu, że to nie ona musiała przejąć inicjatywę.
Po paru ładnych godzinach udało się im opanować tę małą apokalipsę. Na szczęście też nie doszło więcej czworonożnych, pechowych stworzeń. Koło godziny 14 mogli wreszcie odsapnąć i pozwolić sobie na przerwę z kawą i herbatą w ciszy i spokoju. O ile to oczywiście możliwe w lecznicy przepełnionej chodzącymi nieszczęściami, które raz po raz wydawały z siebie najprzeróżniejsze dźwięki od radosnych szczeków i pomruków, po rozpaczliwe piski i skuczenia. To jednak i tak było tego dnia balsamem na uszy i zdawało się być ciszą. Chwila spokoju pozwoliła nawet na małe żarty i całkowite rozluźnienie atmosfery u całej trójki pracowników. Później w przypadku Anny było już tylko gorzej.
Zaledwie godzinę po skończonej przerwie do gabinetu Wiktora przyszedł nikt inny, jak Marek. Wszyscy przywitali go bardzo serdecznie. Nawet Anna, która wciąż czuła się nieswojo w towarzystwie komendanta posłała mu promienny uśmiech. On jednak zdawał się nie mieć dobrego nastoju. Dziewczyna przez moment pomyślała, że być może on również nie miał zbyt udanego dnia.
- Co Cię tu do nas sprowadza, Marku? - zapytał gospodarz lecznicy siląc się na utrzymanie uśmiechu. Jego mina wyrażała jednak pewną dozę niepokoju. Anna doskonale znała ten gest, gdy nieświadomie ściągał brwi.
- To dość delikatna sprawa… Czy moglibyśmy gdzieś…, no wiesz! - policjant przenosił wzrok po wszystkich obecnych. Był wyraźnie zakłopotany. - To dotyczy pani Anny.
- Jasne, oczywiście. Możecie iść do mojego gabinetu z dokumentacją. Na chwilę obecną nie jest mi potrzebny.
- Dzięki wielkie. Pani Anno? - starszy mężczyzna gestem zaprosił kobietę w stronę gabinetu.
Wiedziała dokąd iść. Skinęła więc tylko głową lekko i ruszyła przed siebie. Mężczyzna otworzył przed nią drzwi, a później zamknął je za sobą. Dziewczyna nie miała pojęcia czego ma się spodziewać. Niepokój odczuwała tym bardziej, że Wiktor nie został poproszony wraz z nią. Czyżby było coś nie tak ze sprawą zabrania jej do siebie?. Nie chciała za żadne skarby, aby miał przez nią kłopoty.
Marek stał przez chwilę milcząc, ale zdawał sobie sprawę z tego, że to nie może trwać wiecznie, a Anna rozmowy nie rozpocznie. W końcu to on przyszedł z czymś do niej, a nie odwrotnie. Zganił się w duchu za to, że zachowuje się jak tchórz, albo co najmniej, jak niedoświadczony gówniarz w swojej branży. Zebrał w sobie odwagę, odchrząknął głośno i przemówił.
- Pani Anno, otrzymaliśmy informację, że pani ojciec został czas jakiś temu schwytany i postawiono mu zarzuty. To co zrobił pani… no… - patrzył na nią trochę z obawą, ale ona po prostu czekała na ciąg dalszy. Westchnął ciężko – No przyznał się bez bicia… Nie będę tu przytaczał słów tego skur… Tego drania… Ale to nie jedyne jego winy. Ma na sumieniu dużo, duuużo więcej. Próbowałem panią jakoś chronić, ale mimo moich tłumaczeń, że pani nie domaga, że wciąż nie wróciła pani pamięć, to i tak nakazali mi wezwać panią na świadka.
Zamilkł na moment i czekał, ale dziewczyna tylko skinęła głową i odpowiedziała.
- Rozumiem.
- Wiem, że to nie będzie dla pani łatwe. Pomyślałem, że być może Wiktor mógłby jakoś pomóc. Może, jako lekarz i osoba, która była w tamtej kamienicy, gdy was uwolniono, mógłby zeznać, że pani nie nadaje się na świadka.
- Nie ma takiej potrzeby – odpowiedziała ku ogromnemu zaskoczeniu komendanta, choć sama czuła wewnątrz ogromny lęk i stres.
- Jest pani pewna?
- Tak. Zresztą domyślam się, że Wiktor również zostanie wezwany na świadka. Jeśli nie w przypadku mojego ojca, to odnośnie całego zdarzenia w późniejszych procesach. Mam rację?
- No… tak. - Marek miał szeroko otwarte ze zdziwienia oczy, gdy na nią patrzył. Zaskoczyła go swoją odwagą i logicznym myśleniem. Teraz przypomniał sobie, że podobnie zachowywała się w dniu, gdy ją znaleźli. Dlaczego więc go to tak dziwi?.
Miał prawo widzieć to w ten sposób, bo choć dziewczyna naprawdę potrafiła zaskakiwać. Często nawet samą siebie. To na ogól w towarzystwie ludzi zachowywała się, jak cicha, szara myszka. Chowała się niemal za Wiktorem, nie odzywała się wcale, a zapytana zdawkowo odpowiadała na pytania. Teraz jednak nie miała się za kim schować, ani jak z tego wycofać. Sprawa dotyczyła jej życia i ojca.
Marek otrząsną się z zamyślenia i sięgnął do kieszeni spodni. Wyciągnął z niej jakiś niewielki przedmiot i podał go Annie.
- Jest jeszcze jedna sprawa. Ze względu na to, że pani ojciec siedzi, wasz dom rodzinny pozostał pusty. Nakazano mi przekazać pani klucze. - dziewczyna niepewnie sięgnęła po przedmiot, a mężczyzna kontynuował przemowę wyraźnie niezadowolony- Oczywiście miałem też „konsultację” z pewnym nieprzyjemnym doktorkiem… Oświadczył, że przyjazd tam może pani pomóc „ozdrowieć”, jak to określił. Ja osobiście nie jestem przekonany i nie mam do niego za grosz zaufania. Uważam, że powinniśmy zasięgnąć opinii Wiktora. Ze też ten cholerny geniusz jest taki uparty i woli to miejsce niż prace z nami na stałe…
- Panie Marku…
- Wybaczy pani, ale z nim byłoby o wiele łatwiej. Owszem współpracuje z nami kiedy tylko nikt inny nie chce się tego podjąć, o ile ma wtedy czas, ale… Skurczybyk mógłby…
Anna chrząknęła znacząco, co dotarło do policjanta od razu. Zamilkł na moment zbierając myśli, po czym ponownie się odezwał.
- Może zapytamy go, co myśli o tej całej sprawie?. Wolałbym mieć pewność, że nie będzie to dla pani krzywdzące. - patrzył na nią oczekując reakcji, ale nie odpowiadała – Jutro wybieramy się tam w poszukiwaniu dowodów, które mogłyby go powiązać z tą sprawą, ale to od pani zależy czy pojedzie z nami, czy też nie.
- Rozumiem…
- Mam nadzieje, że się pani na mnie nie obraziła.
- Słucham?. Nie, o co miałabym się obrazić, panie Marku?
- Powinienem tak naprawdę mówić „Panno”, ale „Panno Anno”, jakoś mi nie brzmi zbyt poważnie. Wydaje mi się zresztą, że w dzisiejszych czasach takie podziały przestały mieć jakiekolwiek znaczenie i sens. Jednak nie odpowiada pani na pytania i nie wiem już czy to z powodu mojego braku wychowania czy też ma pani inny powód?.
- Przepraszam ja… Staram się to wszystko jakoś poukładać. Potrzebuję trochę czasu, żeby to przemyśleć.
- Niestety ja tego czasu nie mam. Jedziemy jutro z samego rana, muszę zatem wiedzieć jaka jest pani decyzja już dziś.
Choć jeszcze chwile temu miała wrażenie, że starał się rozluźnić atmosferę, to teraz jego poważna mina nie dawała złudzeń. Co powinna zrobić?, co odpowiedzieć?.
- Czy mogłabym odpowiedzieć choć pod wieczór?. Może mogłabym się z panem jakoś skontaktować?. Chciałabym… potrzebuję.
- Może jednak zawołam Wiktora, żeby pomógł Ci podjąć tę decyzję? - zapytał – On ma do mnie numer, możecie dać mi znać do wieczora. Z tym nie ma problemu.
- Nie chciałabym go znów do tego mieszać…
- Potraktuj go, jak swojego lekarza. W końcu on wziął Cię pod swoją opiekę, jako pacjentkę.
Nie spodobało się jej to porównanie. Już dawno przestała tak o sobie myśleć. Teraz byli dobrymi znajomymi. Tak przynajmniej się jej wydawało.
- No… Dobrze.
- To dla Twojego bezpieczeństwa, uwierz mi. - powiedział jednocześnie kierując się do drzwi. Wyszedł i zamknął je za sobą. Chwilę później wrócił wraz z Wiktorem. Ten wyraźnie jeszcze nie miał pojęcia o co chodzi.
Spojrzał na nią, ale była zupełnie nieobecna. Niby na nich patrzyła, ale wyglądała jakby ją coś poraziło, albo zatrzymał się czas.
- Anno? - z niepokojem zawołał do niej, co spowodowało, że lekko podskoczyła – O co chodzi, do licha? - tym razem zwrócił się do przyjaciela.
- Jej ojciec siedzi. Jutro z samego rana jedziemy przeszukać ich dom. Zgodnie z zaleceniami przydzielonego do sprawy doktorka przywiozłem pani Annie klucze z pytaniem, czy zechce nam jutro towarzyszyć. Jednak nie jestem przekonany, czy to aby na pewno dobry pomysł – mówiąc to wymownie spojrzał na Annę. Wiktor wiedział, co ma na myśli.
- Co powiedział tamten lekarz konkretnie?.
- Stwierdził, że wyprawa do rodzinnego domu może przywrócić jej pamięć. Coś w tym stylu, nie powtórzę Ci dokładnie tej jego medycznej paplaniny.
- Spokojnie, nie musisz. To prawda. Jest szansa, że jej pamięć wróci, kiedy pojawi się w znajomym sobie miejscu. Może całkowicie, a może tylko częściowo. Jednak to niesie ze sobą również duże ryzyko. Nie wiadomo co sobie przypomni i jak zareaguje.
- Wiedziałem, że nie warto ufać temu bubkowi.
- Marku, to nie tak. On powiedział, co uważał za słuszne. Sam dobrze wiesz, że w takich sprawach zależy im na dotarciu do prawdy i zyskaniu świadków. My natomiast myślimy o drugiej stronie tego medalu.
- Cholerne dranie!
- Jakby nie patrzeć powiedział prawdę. Sam uważam, że to duża szansa, nawet jeśli ryzykowna.
- Uważasz, że powinna pojechać?.
Wiktor spojrzał na dziewczynę, w tym samym momencie, co ona na niego. Mimo, że wyglądała na kogoś, kto znajduje się w innym świecie, teraz miał pewność, że słuchała każdego ich słowa bardzo uważnie. Przez moment zawahał się wpatrując w nią.
- Pod warunkiem, że nie będzie tam sama.
- No jedzie pół wydziału, więc wiesz…
- Nie to miałem na myśli. - odpowiedział mu po czym zwrócił się do Anny – Powiedz o tym Arturowi. Niech jedzie z Tobą. Będziesz potrzebowała wsparcia kogoś bliskiego.
- Tak. Masz rację. Zadzwonię do niego – wyciągnęła z kieszeni telefon i wyszła z gabinetu wybierając numer. Mężczyźni zostali sami.
- Artur? - zdziwił się Marek.
- No tak, dawno nie rozmawialiśmy. Anna spotyka się z moim bratem od prawie dwóch miesięcy.
- Co proszę?. To, jakby domowy pudel spotykał się z dzikim wilkiem.
- Hahahaha. Jesteś niemożliwy.
- Co?, nie mówię prawdy?. Twój brat jest żywiołem, który nie usiedzi w jednym miejscu, a ta dziewczyna to spokojna, cicha i stateczna panienka.
- Dlatego dobrze mu to robi. Mam szczerą nadzieję, że on też, dzięki niej spoważnieje i się ustatkuje. Jest jaki jest, ale nawet gdy robi głupoty, to potem wraca do niej z podkulonym ogonem. Nie zmieni się w ciągu kilku dni czy tygodni, wiem o tym. Ale liczę na to, że za jakiś czas będzie innym człowiekiem. Jeśli mu na niej zależy naprawdę.
- A jeśli nie?. Nie boisz się, że będzie przez niego cierpiała?.
- Boję się tego od samego początku, ale nie mogę jej mówić z kim się ma spotykać, a z kim nie. Nie trzymam jej pod kloszem, ani w więzieniu. Ma prawo do własnego życia.
- To fakt. - nie powiedział głośno tego, co chodziło mu po głowie, choć miał na to wielką ochotę. - No nic… Ja muszę już wracać do swoich obowiązków. Czekam do wieczora na decyzję. Przedyskutujcie to raz jeszcze i dajcie znać, dobra?
- Jasne. Dzięki wielkie, że się tu pofatygowałeś – podał mu dłoń i uścisnął jego bardzo mocno.
- Nie ma sprawy. - gdy wyszli z gabinetu rozglądnął się po poczekalni połączonej z recepcją - Ładnie tu masz, ale nadal nie rozumiem, dlaczego wolisz pracować z zapchlonymi stworami zamiast ze mną.
- Marku, ile razy już to przerabialiśmy?
- Tysiąc, ale mogę to przerabiać i milion razy, jeśli tylko to Cię przekonana
- Nie zmienię zdania, wiesz o tym dobrze.
- Cóż, spróbować zawsze warto. Trzymajcie się, drogie panie – skłonił się i wyszedł pośpiesznie.
- I co myślisz? - Wiktor spojrzał na Annę.
- Nie wiem… mam mieszane myśli.
- Dodzwoniłaś się do Artura?
- I tak, i nie. - zobaczyła, jak na nią patrzył więc dodała – Nie mógł teraz rozmawiać, ma oddzwonić.
- No tak.
- Co byś zrobił na moim miejscu?.
- Nie mam pojęcia, Anno. Ale tu nie chodzi o mnie. Musisz sama zdecydować. Ty znasz siebie najlepiej. Nit inny nie może za Ciebie zdecydować. Ja mogę jedynie przedstawić Ci opcje.
- Będę wdzięczna…
- Pierwsza jest taka, że nie zdarzy się absolutnie nic. Nie odzyskasz wspomnień, nie poczujesz niczego i będziesz czuła się tak tak obco, jak w każdym innym miejscu i domu. Z tą różnicą, że jeśli znajdziesz tam swoje zdjęcia, będzie to zapewne dla Ciebie dziwne odczucie, jak z początku, gdy patrzyłaś na siebie w lustrze nie znając samej siebie.
- To zniosę, myślę. Już to przerabiałam.
- Druga opcja jest taka, że w styczności ze znajomymi przedmiotami i miejscami odzyskasz fragmenty wspomnień. Mogą być zarówno dobre, jak i złe. Nikt nie zagwarantuje Ci z tego tytułu przyjemności, bo nie wiemy jak żyłaś i co spotkało Cię w przeszłości. Tak samo będzie w przypadku opcji trzeciej, w której jest szansa, że odzyskasz pamięć całkowicie, a wraz z nią wszystkie swoje wspomnienia. Całe przeszłe życie.
Anna głęboko wciągnęła powietrze i przytrzymała je przez moment zanim wypuściła szybko i głośno. Wiktor doskonale ja rozumiał. To wcale nie było łatwe. Z jednej strony z pewnością chciała odzyskać pamięć, z drugiej zaś… Miał rację. Annę kusiło by pozna prawdę o sobie, by dowiedzieć się co tak naprawdę ją spotkało. Chciała, jak wszyscy inni mieć przeszłość, o której wie. Wówczas mogłaby świadomie odciąć się od niej, gdyby tego potrzebowała. Z drugiej jednak strony przyzwyczaiła się do swojego obecnego życia i tego stanu niewiedzy. Pogodziła się z tym, jak jest. Czuła się bezpiecznie. Wracanie do niezbyt przyjemnie zapowiadającej się przeszłości wiązało się z utratą tego bezpieczeństwa. A także z bólem i lękiem. Ne była pewna czy tego chce i czy jest na to gotowa. Gdyby mogła mieć wsparcie, z pewnością byłoby jej łatwiej. Żałowała, że Artur nie miał dla niej nawet chwili. Poczuła się teraz niesprawiedliwa. Przecież miał swoją pracę i obowiązki. Nie mógł tak po prostu wszystkiego rzucić, bo ona zadzwoniła. Przecież nawet nie wiedział z czym dzwoniła. Opowie mu o wszystkim i od razu poczuje się lepiej.
- Porozmawiam z Arturem i zdecydujemy Z jego wsparciem na pewno dałabym radę.
- W takim razie daj znać, gdy już będziesz zdecydowana, a powiadomię Marka..
- Dziękuję.




Pozdrawiam,
Agafi