czwartek, 16 sierpnia 2018

Jestem, choć mnie nie ma. Taki oto cud ^^

   Jeśli ktoś z was zastanawia się, gdzie jestem kiedy mnie nie ma, to odpowiedź jest bardzo prosta:
- szkolę się,
- przygotowuję biznesplan,
- tworzę produkty i oferty,
- główkuję i obliczam...
Innymi słowy tworzę swoją firmę ^^.

   Jednak, żeby nie było, że o was zapomniałam (co to, to nie! jakżebym śmiała! - nawet jeśli się nie odzywacie i nie zostawiacie pod postami komentarzy, to mimo wszystko czuję - a może zwyczajnie mam nadzieję?- że jesteście gdzieś tam i w myślach chociaż oczekujecie na kolejne moje wpisy.), to coś wam tu zostawię dzisiaj.
   Nie będę opowiadała na razie zbyt wiele o szkoleniach i innych rzeczach związanych z projektem dofinansowania. Powiem jedynie, że teraz wszystko zależy już tylko od mojego biznesplanu oraz szanownej osoby oceniającej go. - I kimkolwiek jest/ będzie ta zacna osoba, mam nadzieje, że doceni całą moją pracę, wkład, pot i łzy ^^.
   Powiem tylko jedno... podczas pisania stwierdzam jednoznacznie, że mój mózg i otwór gębowy, to chyba nie zamierzają ze sobą nigdy współpracować zbytnio. Nie lubią się, czy jak?. No bo niby dlaczego, to co tworze na papierze/komputerze brzmi tak pięknie, a to co wychodzi czasem z moich ust, nawet jeśli w tym samym temacie już takie cudowne nie jest?. Znacie to?
   No cóż. Po latach wspólnie spędzonych może coś tam już udało się wypracować w sprawie współpracy moich narządów wewnętrznych i zewnętrznych ^^, ale nadal do perfekcji to nam jeszcze wiele brakuje. Przyznam nawet, że jestem bardzo zadowolona z porozumienia na linii serce - rozum. Wychodzi na to, że chyba doszli do porozumienia w wielu kwestiach i dość się ze sobą nie sprzeczają. To z pewnością wielu dziwi, bo zazwyczaj bywa z tym kiepsko. Myślę, że w moim przypadku dużą rolę odgrywa tu dobrze ulokowane uczucie (mam na myśli miłość ofkors) oraz stabilizacja na wielu szczeblach mojego życia (społeczna, domowa, uczuciowa - ogólnie rzecz ujmując życiowa).

Dobra, dobra!. Ja tu pitu, pitu o pierdołach, a tymczasem zaczyna robić się późno. Niestety nie jestem wstanie dotrzymać wam dłużej towarzystwa, gdyż organizm mówi dość. Oczy już przesłały informację do mózgu, że idą spać niezależnie od tego czy ja siedzę i piszę, czy kładę się do łózka ^^. Płuca najwyraźniej również uznały, że ta praca nie sprzyja odpowiedniemu dotlenieniu, bo zaczynam ziewać z częstotliwością sekundową niemal. Serio... to wcale nie jest zabawne...
  By umilić wam moją nieobecność i pokazać, że mimo natłoku zajęć i obowiązków wciąż jeszcze nie zapomniałam o swojej chorej pasji pisarskiej :P zostawiam wam tu kolejną część dotyczącą panny Boguckiej ^^.

Miłego czytania i dajcie czasem znać o sobie bardziej namacalnie ^^.
(zawsze można na pw, jak ktoś nie chce być widoczny)

"
Przed wejściem do domu stał na straży jeden z policjantów. Dziewczyna uśmiechnęła się i przywitała uprzejmie, ale nie zareagował. Jedynie spojrzał na nią z powagą. To sprawiło, że poczuła się mniej pewnie i zawstydziła się.
- Pani Anno, zapraszam do środka – zawołał do niej Marek po czym akcentując kolejne zdanie spojrzał na strażnika – Niektórym chłopcom brakuje ogłady!. Proszę się tym nie przejmować.
Teraz to policjant przy drzwiach poczuł się wyraźnie zażenowany i zawstydzony.
- Komendancie ja nie wiedziałem, że ta dziewczyna… znaczy się pani jest…
- Dobra już. - szef machnął na niego ręką i wszedł do środka.
Anna w pierwszym momencie pomyślała, że było to zupełnie niepotrzebne, ale rozumiała również, że Marek miał obowiązek upominania pozostałych, jako ich przełożony.
Weszła do wnętrza domu w ślad za mężczyzną, ale zanim cokolwiek zobaczyła uderzył ją odór alkoholu wymieszany z okropnym zaduchem i smrodem potu oraz wymiocin. Poczuła, jak robi się jej niedobrze. W ostatniej chwili powstrzymała ten odruch i wybiegła na zewnątrz łapczywie chwytając oddech. Gdy wybiegała usłyszała za sobą głos Marka „Na miłość Boską!! otwórzcie wszystkie okna i drzwi, przecież tu nie da się oddychać. Chcecie nas potruć?!”. Zaraz potem wyszedł za nią i położył jej dłoń na ramieniu.
- Wszystko w porządku, pani Anno?
- Tak, już dobrze…
- Na pewno?
- Tak. Dziękuję.
- Zaczekamy chwilę, aż tam wywietrzeje. Kiedyś głowy poukręcam tym półgłówkom!. - spojrzał na nią z ukosa. Wciąż starała się uspokoić swój organizm i oddech. - Wiem, że to wszystko nie jest dla pani łatwe, ale będziemy musieli wszystko gruntownie przeszukać. Obawiam się, że będziemy zmuszeni wywrócić ten dom do góry nogami.
- Rozumiem.
- Nie ma pani nic przeciwko? - zapytał lekko zaskoczony. Choć wiedział, że to wyjątkowa sytuacja, to zazwyczaj taka wiadomość napotykała na ogromną barierę w postaci „Nie ma mowy!” lub „A kto to potem wszystko posprząta?!”
- Nie. Wiem, że to konieczne. Zresztą… nawet gdybym bardzo chciała odremontować ten dom… to ruina. - jej głos lekko się łamał, więc na chwilę zamilkła, a policjant tylko pokiwał głową ze zrozumieniem. Nie dało się ukryć, że miała rację. Po pewnym czasie znów się odezwała – Proszę jedynie o ostrożność, gdybyście znaleźli coś wartościowego. Nie chciałabym utracić żadnej pamiątko rodzinnej. Choć… nie wiem co nią może być…
- To zrozumiałe. Proszę się nie martwić. Dopilnuję, aby nic cennego nie zostało zniszczone.
Marek, jako człowiek doświadczony zdawał sobie sprawę, że mówiąc o rzeczach „cennych” nie miała na myśli rzeczy, które można by drogo sprzedać, a raczej rzeczy, które mogły być zwyczajne, ale dla jej matki czy babki miały wartość sentymentalną. Zdjęcia, portrety, broszki, pierścionki i inne tego typu przedmioty. Choć co do tych ostatnich miał nieprzyjemne przeczucie, że już dawno zniknęły z tego domu sprzedane przez ojca dziewczyny dla dobra jego „duszy”. Oddane za alkohol i inne używki. W głowie przeklął solidnie kilkukrotnie myśląc o tym człowieku, który teraz był zamkniętym i czekał na swój wyrok.
Odczekali jeszcze parę dobrych chwil, podczas których co jakiś czas Marek zaglądał do środka i sprawdzał, czy straszliwy odór został choć w małym stopniu wywietrzony. W tym czasie wręczył również Annie maseczkę ochronną. Powiedział, że to konieczne. Wszyscy policjanci zostali w takie zaopatrzeni na tę misję. Nie mogli ryzykować zdrowia. Nie było żadnej pewności, że we wnętrzu tego domu nie unoszą się jakieś szkodliwe opary.
W końcu nastąpił ten moment, w którym ponownie przekroczyła próg rodzinnego domu. Zastanawiała się czy znajdzie tu cokolwiek użytecznego, czy to miejsce pomoże jej odzyskać wspomnienia. Choćby w minimalnej części.
Dom nie był zbyt duży. Zaraz przy wejściu po prawej stronie znajdowało się wejście do małej, obskurnie wyglądającej kuchni. Stare rozsypujące się meble, z których farba już dawno zaczęła odpadać, ukazując spleśniałe drewno- to wszystko co zdążyła zobaczyć, gdy wchodzili do wnętrza. Część, która zapewne miała być salonem, również nie wyglądała lepiej. Rozpadające się szafki na ścianie, połamany stół przy odrapanej i podziurawionej, szarej kanapie w czarne pasy. A może niegdyś była ona biała lub w kolorze écru, lecz brud zmienił jej dawne kolory?. Drewniana podłoga skrzypiała nieprzyjemnie pod nogami dając znać, że nie jest bezpiecznym oparciem dla ciężaru ludzi. Dziewczyna stąpała ostrożnie i bardzo delikatnie w obawie, że w każdej chwili może się zapaść. Nie myliła się. W tym samym momencie usłyszeli głośni trzask, a gdy zwrócili się w kierunku dźwięku ich oczom ukazał się policjant próbujący uwolnić nogę z dziury w podłodze. Na ścianach położona była jasnozielona tapeta w srebrne wzory kwiatów i zawijasów, jednak i ona zdradzała, że od dawna nikt się nią nie przejmował. W wielu miejscach była potargana, ujawniając gołe ściany lub zwyczajnie mniejsze i większe dziury. W rogach przy suficie znać było ogromne,czarne już ślady pleśni.
Mimo usilnych starań wszystkich, pomimo otwartych okien i drzwi oraz maski na twarzy wciąż odczuwało się nieprzyjemną mieszaninę zapachów. Różnica była taka, że teraz dało się to znieść.
Komendant pokierował pozostałych policjantów rozdając im dyspozycje kto, gdzie ma iść i czego mają szukać. Sprawa była w zasadzie dość prosta. Po za tym, że ojciec dziewczyny podejrzany był o współpracę w handlu żywym towarem, to mieli również sprawdzić czy nie był zamieszany w inne nielegalne interesy, w tym również związane z narkotykami. Funkcjonariusze mieli przeszukać cały dom, od piwnicy po strych w poszukiwaniu czegokolwiek, co powiązałoby jej ojca z wymienionymi wcześniej sprawami. Przedmiotów, broni, dokumentów, jakichkolwiek, nawet śladowych ilości narkotyków. Annie coraz trudniej słuchało się tego wszystkiego, gdy uświadomiła sobie boleśnie, że mówią o kimś kto był jej częścią. O człowieku, który ją zrodził, który przekazał jej geny. Poczuła, jak uderza ją fala gorąca, a potem oblewa zimny pot. Ponownie miała ochotę uciec na zewnątrz, ale nawet nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
Opanuj się, dziewczyno!!” kajała sama siebie w myślach. Przymknęła na moment oczy i z całych sił próbowała się uspokoić, zająć myśli czymś przyjemnym. Pomyślała o Arturze, ale to tylko pogorszyło sprawę, gdyż w stosunku do jego zachowania odczuwała gniew. Gdyby tu był, nie czułaby się aż tak źle i tak strasznie samotnie. Przygryzła wargę i przeklęła w myślach. Przecież miała myśleć o przyjemnych rzeczach, uspokoić się, a nie jeszcze bardziej dołować. Czy naprawdę jest aż tak beznadziejna?.
Nawet nie zauważyła, w którym momencie Marek skończył rozporządzać swoimi podwładnymi. Oprzytomniała dopiero, gdy do niej przemówił wyrywając ją z zamyślenia.
- Pani Anno?
- Przepraszam, co pan mówił? - uśmiechnęła się do niego wymuszenie.
- Jak zdążyłem się zorientować to miejsce nie wiele zmieniło, jeśli mowa o pani sytuacji. Może zatem przejdziemy dalej?. Co powie pani na kuchnię?.
- Tak… tak będzie dobrze.
- Musi pani wybaczyć, że będą się tu kręcić moi ludzie, ale musimy…
- W porządku. Nie musi się pan w żaden sposób tłumaczyć. Proszę… to i tak dość krępująca dla mnie sytuacja… - dodała widząc, że mężczyzna ma ochotę dodać coś jeszcze.
Marek chrząknął głośno, wyraźnie zakłopotany. Nie powiedział już nic więcej w tym temacie. Skinął jedynie głową i poprowadził dziewczynę z powrotem do drzwi, a następnie do kuchni. Miejsce to okazało się być w dużo bardziej opłakanym stanie niż wydawało się z początku. Już na samym wejściu tuż pod nogami Anny przebiegły dwie myszy. Odruchowo cofnęła się gwałtownie w tył niemal wpadając na jednego z policjantów. Nie bała się myszy, ale te pojawiły się tak nagle. Odetchnęła głęboko przymykając na moment oczy. Potem skupiła się na otoczeniu. Jednak tu również nic nie pomogło jej w przywróceniu wspomnień. Marek patrzył na nią wyczekująco. Spojrzała na niego lekko zrezygnowana i przecząco pokręciła głową dając znać, że to nie ma większego sensu.
- W takim razie pójdziemy teraz na piętro. Jest tak kilka pomieszczeń, w tym, jak mi się zdaje pani dawny pokój. - zawahał się przez moment, widząc jak dziewczyna zacisnęła pięści – Jest pani gotowa?. Możemy…
- Tak, jestem.
- Jeśli potrzebuje pani chwili czasu czy odetchnąć świeżym powietrzem, to śmiało. Mamy jeszcze czas.
- Nie ma takie potrzeby. Nie warto przeciągać tego w żaden sposób – powiedziała siląc się na okazanie odwagi. Gdy podniosła na niego wzrok, była pewna, że ani trochę nie uwierzył w tą jej dumna postawę. No tak, był wieloletnim policjantem, zapewne doskonale znał się na ludziach i potrafił odczytywać ich zachowania. W końcu wyznała szeptem - Szczerze… chciałabym mieć to już za sobą…
Marek przytaknął na znak, że rozumie jej sytuację i stan, po czym ruszył bez zbędnych słów w górę schodów. Te skrzypiały i trzeszczały dając sygnał, że należy być ostrożnym. Już sam ich wygląd, spróchniałe, podziurawione gdzieniegdzie drewno sprawiało wrażenie, że tak samo, jak większość tego domu, w każdej chwili mogą się zawalić.
W tym domu nie było ściany, z której nie odpadała by farba. Anna pomyślała o czystym i zadbanym domu Wiktora. Rozglądała się idąc powoli i czuła się dziwnie na myśl, że jeszcze nie tak dawno temu mieszkała w takiej ruinie. Czy naprawdę tak było?. To co tu widzi powinno z automatu przywrócić jej pamięć. To nie tak, że czuła się lepsza od mieszkających w tej dzielnicy ludzi. Było jej żal tego domu… w zasadzie wszystkich domów w najbliższej okolicy, a także mieszkających tu ludzi. Po prostu zastanawiała się, czy naprawdę można zapomnieć o takim miejscu?.
Prawie wpadła na komendanta, gdy zamyślona nie zauważyła, że ten zatrzymał się przed wejściem do jednego z pokoi. Odrapane ciemno zielone drzwi nie wróżyły niczego dobrego. Rozejrzała się powoli po całym korytarzu. Takich drzwi było więcej. W tym krótkim czasie zarejestrowała ich ze cztery sztuki po obu stronach korytarza oraz piątą na jego końcu. Te różniły się od pozostałych naderwaną kratką wentylacyjną oraz rozbitą szybą w górnym ich okienku. Ne trudno było się domyślić, że była to łazienka. Skrzywiła się lekko obawiając tego, co może zastać po ich drugiej stronie. Zwłaszcza po wspomnieniu smrodu, jaki przywitał ich na dole domu.
- Pani Anno! - znów podskoczyła wyrwana z zamyślenia. - Przepraszam, że panią wystraszyłem, ale… wołałem kilka razy.
- To nic, najwyraźniej odleciałam gdzieś myślami – uśmiechnęła się smętnie.
- Jesteśmy przed pokojem, który, jak już wspomniałem wcześniej i jak się nam zdaje należał do pani. Jest pani na to gotowa?. To z pewnością nie najpiękniejsze pomieszczenie na świecie, ale być może znajdzie tam pani coś, co może pomóc.
- Proszę otworzyć. - powiedziała czując, jak ciężko jej przełknąć ślinę. Udawała odważną i pewną siebie, ale tak naprawdę serce krzyczało „uciekaj!”, a rozum podpowiadał „nie ma już odwrotu”.
Mężczyzna otworzył drzwi, które na przekór zasadom przeciwpożarowym, w wąskim korytarzu otwierały się na zewnątrz, zamiast do środka jednocześnie blokując całkowicie przejście. Wewnątrz panował bałagan. Pomijając oczywiście wszędobylski kurz, którego obecność nie dziwiła biorąc pod uwagę czas, jaki upłynął od momentu, gdy był tu ktoś po raz ostatni, w pokoju mnóstwo było porozrzucanych rzeczy. Niezaścielone łóżko, pałętające się pod nogami ubrania damskie, a nawet rozbita waza.
Marek ustąpił jej miejsca i puścił przodem. W zasadzie, to nie wszedł nawet za nią. Gdyby nie fakt, że martwił się o jej stan psychiczny, odszedłby na jakiś czas i zostawił ją samą. Uważał, że w takiej sytuacji powinna mieć możliwość swobodnego zapoznania się z tym miejscem. Jeśli to faktycznie jej pokój, to należała się jej prywatność. Wolał jednak pozostać w bliskiej odległości. Tak na wszelki wypadek.
Anna każdy krok wykonywała tak powoli, jakby obawiała się, że zaraz coś na nią wyskoczy. Starała się oczyścić umysł, rozglądając się dookoła i patrząc na każdemu przedmiotowi począwszy od szafy, przez łoże, półki, biurko, aż po przedmioty leżące na podłodze. „Nie, tak nie można” - skarciła sama siebie w myślach czując, że nadal nie skupiła się dostatecznie mocno. Jeszcze raz, stojąc na środku pokoju przymknęła oczy i wzięła głęboki oddech. Gdy ponownie otworzyła oczy już o wiele wolniej i spokojniej zaczęła przyglądać się każdemu, najmniejszemu nawet przedmiotowi. Ubrania rozrzucone po ziemi niczego jej nie mówiły. Nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek je widziała, choć rozmiarem z pewnością by na nią pasowały. Były zresztą takie, jak ona. Zwyczajne, przeciętne, niczym się nie wyróżniające. Mało atrakcyjna, ale elegancka, popielata sukienka była zadeptana i mocno przez to przybrudzona. Pod oknem leżały szare, zamszowe balerinki. Jakby były za mało myszowate, dodatkowo pokryła je warstwa kurzu. Koszula zapinana na guziki, która leżała na rozchełstanej pościeli łóżka, kiedyś zapewne była biała, lecz teraz była brudna i miała na sobie dwie wielkie żółte plamy, jakby ktoś na nią coś wylał. Łóżko… Dziewczyna powoli podeszła do mebla, czubkami palców dotykając kwiecistej, jasnej pościeli, którą, jak wszystko w tym pomieszczeniu pokrywała solidna porcja kurzu. Miała dziwne wrażenie, że skądś zna tę pościel. Zmrużyła oczy i próbowała sobie przypomnieć, czy widziała taką w jakimś sklepie, a może w domu Artura?. Zrobiła jeszcze jeden krok na przód, wciąż koniuszkami palców przesuwając po zwisającej na brzegu łóżka kołdrze.
Nagle przed jej oczami zaczęły szybko przewijać się obrazy.
- Pani Anno? - zawołał do niej Marek widząc, jak w jednym momencie jej oczy otworzyły się nienaturalnie szeroko. Oddychała coraz szybciej i ciężej. - Pani Anno, czy wszystko w porządku?
Ne słuchała go. Umysłem była w innym czasie. Siedziała na łóżku z książką odwrócona w kierunku okna. Niewysoki, krępy mężczyzna zaszedł ją od tyłu i szarpnął chwytając za włosy. Książka upadła. Próbowała się wyrwać, krzyczała by przestał. Ciągnął ją wokół łóżka krzycząc, że wreszcie się jej pozbędzie. Broniła się, choć był od niej silniejszy, a wyszarpywane włosy sprawiały, że bolała ją niemal każda komórka na głowie. Straciła coś po drodze z biurka. To biała waza w niebieskie wzory. Potłukła się na drobne kawałki w zetknięciu z podłogą. Mężczyzna ponownie szarpnął ja mocniej wyzywając od głupich dziwek. Darł się, że jest do niczego, potrafi tylko niszczyć. Siła wyciągnął ją z pokoju. Upadła. Puścił jej włosy, ale czuła, że przy upadku wyszarpał ich całą garść. Znów zaczął ja wyzywać. Kopnął ją z całej siły w plecy, po czym chwycił za nadgarstek i pociągnął do góry. Wstała, ale z oczu ciekły jej łzy. Błagała, żeby przestał, ale nie słuchał jej. Schodził po schodach tak szybko, że o mało nie wywróciła się ponownie wciąż trzymana za rękę. Była pewna, że po tym również zostanie ślad. Na dole schodów pchnął ją do przodu w stronę drzwi wyjściowych. Upadła tłukąc mocno oba kolana. Ie zdążyła się pozbierać. Dwóch rosłych mężczyzn podźwignęło ją do góry i brutalnie ściskając ramiona wyprowadzili z domu nie bacząc na to, że nie jest tak szybka jak oni. Krzyczała, żeby ją puścili. Prosiła, żeby się zatrzymali. Zaczęła wołać o pomoc. Mężczyzna, który wyciągnął ją z pokoju stał teraz w drzwiach domu uśmiechając się szyderczo. Zawołała do niego pełna rozpaczy „Pomóż mi! Ojcze, proszę…!”. W odpowiedzi zaśmiał się i wykrzyczał, że do niczego nie jest mu już potrzebna. Wtedy jeden z nich odwrócił ją do siebie plecami, mocno przyciągnął do siebie i zakrył jej usta wielką dłonią. Próbowała z nim walczyć, ale nie miała szans. Drugi mężczyzna otworzył drzwi furgonetki, która stała przy ulicy. Chwycił ją za nogi i obaj wrzucili ją do wnętrza pojazdu niczym stary mebel.

Marek podbiegł do niej widząc, że z coraz większym trudem łapie oddech. Wołał do niej, nawet chwycił jej ramię, ale bez żadnego rezultatu. Poważnie się zaniepokoił. Nie reagowała na bodźce zewnętrzne i wyraźnie dopadła hiperwentylacja. Obawiał się, że jeśli to potrwa dłużej może być naprawdę źle. Nie przestawał jej wołać i szarpać. Odwrócił ją nawet do siebie, ale patrzyła na niego przerażonym, ale mętnym i nieobecnym wzrokiem. W końcu osunęła się i straciła przytomność. Udało mu się ją pochwycić. Wyniósł ją z pokoju i zawołał do jednego z podwładnych, aby natychmiast wezwał karetkę. Tak szybko, na ile było to możliwe i bezpieczne, wyszedł z nią przed dom i delikatnie położył na ziemi przed schodami. Oddychała, ale bardzo nierówno, a jej puls słabł."

Pozdrawiam,
Agafi


P s. blog chyba mnie nie lubi dzisiaj, bo literki są raz duże, raz małe i nijak nie chcą się  dać unormować :(. Wybaczcie więc za tę niedogodność... Postaram się to jakoś naprawić w najbliższym czasie.

P s. A jednak udało się naprawić to dziadostwo ^^

niedziela, 5 sierpnia 2018

Nadchodzi nowe

   Wakacje, wakacje i.... CZEMU DO JASNEJ CIASNEJ TEN CZAS TAK SZYBKO LECI!?.
   Jak pomyślę o wrześniu, to coś mi się robi, więc zwyczajnie o tym nie myślę ^^. Ciesze się tym co jest teraz, żyję każdym kolejnym dniem i robię, to co do mnie należy przygotowując się do tego, co ma nadejść już niedługo.

   Myślę, że teraz mogę już uchylić rąbka tajemnicy i "pochwalić się" swoim małym sukcesem ^^. Otóż pod koniec czerwca złożyłam papiery rekrutacyjne do projektu "Mój szef to ja", aby starać się o dotację na otworzenie własnej działalności gospodarczej. Dokumenty wypełniałam na szybko, bez większego namysłu i wiedzy w tym temacie, więc też nie miałam większych nadziei na cokolwiek. (Daruję wam i sobie opowieść o tym, co - a raczej kto... - mnie zmusił do tak nagłego i radykalnego kroku... Bo choć oczywiście sama planowałam i tak się o to starać, to miało być to zrobione w innym czasie i z większą rozwagą i namysłem). Jakież więc było moje zaskoczenie, gdy 13.07. odebrałam pismo, że przeszłam pierwszy etap rekrutacji i zapraszają mnie na rozmowę z doradcą zawodowym - czyli drugi etap rekrutacji O_o.
   Cieszyłam się i na ile lekko przygotowałam (głównie dotyczyło to przyszykowania wszelkich dokumentów dot. mojego doświadczenia zawodowego oraz wykształcenia), ale stwierdziłam, że podejdę to tego bez stresu i na zasadzie "Będzie co ma być. Nic na siłę". W końcu nawet jeśli się nie uda, to nie koniec świata nie?. Zawszę mogę próbować innym razem ponownie już mając doświadczenie w tym temacie ;). A nawet jeśli nie dostanę dotacji, to co?. I tak zamierzam uruchomić działalność!. Najwyżej będzie to trwało trochę dłużej.

   Takie właśnie miałam myśli przed spotkaniem z doradcą. Wiedziałam zresztą, że wyników i tak nie otrzymam od razu, ale dopiero po jakimś czasie, więc nie było sensu się zamartwiać i stawiać na baczność.
   Wiecie jednak jak to jest. Człowiek nawet mając pozytywne nastawienie i spokojną duszę, jak czegoś pragnie, to się stresuje, choćby podświadomie. Taki mały stres dorwał mnie na dzień przed spotkaniem, toteż skorzystał na tym dom, który wówczas gruntownie wysprzątałam ^^'. Życie.
   Na samo spotkanie przyjechałam sporo przed czasem (z powodu utrudnionej ostatnio komunikacji między nami, a miastem - przebudowa mostu trwa). Kiedy czekałam cierpliwie na swoją kolei nie musiałam się martwić o stres i głuchą ciszę, gdyż w sali obok, gdzie uchylono drzwi trwało szkolenie wcześniejszych rekrutów. Uśmiałam się słysząc ich rozmowy, żarty i ciekawe anegdotki ^^.
   Samo spotkanie przebiegło w bardzo pozytywnej atmosferze. Okazało się też, że niepotrzebnie dźwigałam ze sobą wszystkie papiery dotyczące mojej skromnej osoby :P. W sumie jedyne, co wykorzystałam to referencje z ostatniej pracy. Przygotowałam również pendriv ze zdjęciami, które miały wykazać moje doświadczenie w tym, co zamierzam robić, ale niestety... Nie wiedzieć jakim cudem to cudo nauki i narzędzie pracy wielu ludzi dzisiejszych czasów, nie chciało pasować do komputera pani doradczyni!!. Pani uznała, że najwyraźniej ma przestarzałego lapka i nic z tego nie będzie. Szkoda mi było, ale cóż poradzić na złośliwość rzeczy martwych?. Najwyraźniej tak miało być ;). Zatem wykorzystałam jedno ze zdjęć na komórce, by pokazać cokolwiek, dla poparcia moich słów.

   Po spotkaniu czułam się świetnie, choć nie dawałam sobie większych szans. Doskonale wiedziałam, że moje dotychczasowe doświadczenie zawodowe (to udokumentowane) i wykształcenie nie do końca pokrywają się z pasją i tym, czym zamierzam się zajmować. Po za tym żyłam już czym innym. Za dwa dni miała przyjechać do mnie siostra z dziećmi, a po 4 dniach, to ja z moimi mieliśmy jechać do niej na kolejne 4 dni ;). Powrót z wakacji zaplanowałam dokładnie na czas ogłoszenia wyników, po które trzeba było stawić się osobiście.
   Czas siostry u nas i ten spędzony u niej były czasem świetnym, pozytywnym i pełnym atrakcji, głównie dla dzieci ;). Wakacje pełną parą. Dobrze było coś zmienić, pobyć z kimś bliskim, oderwać się od codzienności. Zwłaszcza, że w swoim towarzystwie często dostajemy z siostrą totalnych głupawek, które sprawiają, że otoczenie patrzy na nas, jak na wariatki :P.

   Następnego dnia po powrocie, czyli 31.07 ruszyłam w trasę po odbiór wyników czując w sobie mieszaninę nadziei i rezygnacji. Rezygnacji nie z planów, ale z tej szansy na dotację. W głowie układałam już plan B i kolejne posunięcia, a nawet i plan C.
   Wyobraźnie sobie moją reakcję, gdy pan odnalazł moje papiery i rzucił mimochodem "Widzę, że tu wszystko pozytywnie" O_o.
   Czy ja dobrze usłyszałam?, a może się przesłyszałam?- pomyślałam, choć z serca wyrywało się - Yes, yes!! Ha! - na głos natomiast powiedziałam tonem spokojnym i opanowanym, jak gdybym nie spodziewała się niczego innego "Bardzo się cieszę".
   Pan przekazał mi jeszcze papiery do podpisu oraz informację, że gdy tylko utworzą grupę zadzwonią z harmonogramem zajęć. Podziękowałam uprzejmie, chowając papiery, które dostałam do ręki na własność, zapytałam czy to już wszystko i pożegnałam się wychodząc.
   Dopiero po wyjściu z budynku na nowo otworzyłam teczkę i wyciągnęłam z niej dokument, który dopiero co chowałam. To o odczytałam już na pierwszej stronie, to dopiero było zaskoczenie!. 13,5 pkt na 15 pkt.! Motywacja - 5/5 pkt.... Cechy osobowościowe - 5/5 pkt....Posiadane doświadczenie - 3,5/5 pkt.
   Powiem szczerze, że całą resztę, czyli opinie i dokładną ocenę to odczytałam dopiero w domu na spokojnie. W drodze powrotnej obdzwaniałam tych mi bliskich, którzy czekali z niecierpliwością na wyniki.

   Takim to właśnie sposobem weszłam do programu i całkiem już realnie mogę czynić postępy ku otworzeniu działalności na własny rachunek ^^. Trzymajcie kciuki za kolejne postępy i sukcesy!

P.s. postaram się niedługo napisać coś nowego, coś więcej, albo chociaż ciąg dalszy powieści. Proszę o cierpliwość :)

Pozdrawiam,
Agafi

czwartek, 12 lipca 2018

Do poczytania ^^

Witam, witam i o zdrowie pytam ^^. Ja mam się całkiem dobrze, choć w dalszym ciągu cierpię na chroniczny brak czasu O_o. Co robię kiedy mnie nie ma?, oj! wiele, wieeeleee rzeczy!, ale o tym innym razem ^^.

Dziś zostawiam was z kolejnymi akapitami mojej twórczości, czyli perypetiami Anny Boguckiej.
Tak, wena wróciła i wreszcie ruszyłam z ciągiem dalszym z czego jestem niesamowicie zadowolona. Nawet jeśli ta historia nie jest jedna z lepszych moich twórczości ;)

Miłego czytania, choć wiem, ze to nie wiele, tak tylko dla smaku i zapewnienie, że nadal jestem tu obecna ^^.
Ciąg dalszy niebawem!.

"
Po kilku godzinach Artur oddzwonił do dziewczyny, a ona poprosiła o spotkanie. Przyjechał do niej późnym popołudniem, gdy tylko skończył pracę w Kancelarii.
- O co chodzi, mała? - zapytał nawet nie witając się z nią – odniosłem wrażenie, że coś się stało.
- W pewnym sensie tak. - zaczęła – widzisz, dowiedziałam się dzisiaj, że schwytano mojego ojca…
- To chyba dobrze?. Po tym, co zrobił powinien gnić w więzieniu!
- Arturze…
- Wybacz. Wiem, że to mimo wszystko Twój ojciec.
Siedziała milcząc, a dłonie zaciskała na kolanach.
- Hej!. Co się dzieje?. Wszystko się jakoś ułoży. Nie zawracaj sobie nim już głowy po prostu. Nie jest tego wart.
- Nie o niego chodzi. To znaczy, poniekąd o niego też, ale…
- Po prostu mi powiedz o co chodzi. Jeśli nie będę wiedział, nie zrozumiem Cię.
Te słowa sprawiły, że zacięła się jeszcze bardziej. Cierpliwość i wyrozumiałość nie były mocnymi stronami Artura. Czasami strasznie ją to złościło. Teraz również. Dlaczego nie mógł spokojnie wysłuchać tego, co miała do powiedzenia?. Dlaczego nie potrafił poczekać nawet kilku sekund, by mogła zebrać myśli. Zgadywał jej myśli i uznawał to za pewnik, jakby znał ją lepiej od niej samej.
- To naprawdę nie jest takie proste… - rzuciła ze złością.
- A może zwyczajnie nie chcesz mi tego wyjaśnić?
- Słucham? - spojrzała na niego zaskoczona.
- Czasami pewne rzeczy są dużo prostsze niż się wydają. Czasami mam wrażenie, że po prostu nie chcesz mi mówić o sobie. Łatwiej jest być kimś bez przeszłości. - ciągnął swoje wywody.
- Jesteś niesprawiedliwy… - poczuła, jak dławi ją w gardle – Sądzisz, że nie chciałabym znać o sobie prawdy?, że dobrze mi tak, jak jest?.
- Nie wiem, być może tak jest Ci łatwiej – wzruszył ramionami całkiem beznamiętnie. To ją zabolało.
- Nawet nie wiesz, jak ciężko jest być „nikim”, osoba bez przeszłości, bez domu i rodziny! - podniosłą głos czując się zraniona i osamotniona.
- Więc dlaczego nie próbujesz tego zmienić?.
- Uważasz, że to takie proste?, że pstryknę palcami i od razu sobie wszystko przypomnę?. - zanim odpowiedział wyrzuciła z siebie – Z resztą nie ważne. Właśnie mam szansę coś zrobić w tym temacie.
- To znaczy?
- Dostałam propozycję, by pojechać jutro wraz z policją na oględziny domu ojca… mojego domu.
- Więc nie rozumiem w czym problem? - patrzył na nią poważnie, ale jego słowa brzmiały dla niej tak dziecinnie, jak jeszcze nigdy. Westchnęła. Nie miała sił by mu wszystko tłumaczyć.
- Komendant i Wiktor uważają, że nie powinnam być tam sama. Według nich to może być trudne, może też niczego nie zmienić. Dlatego chciałam Cię prosić o wsparcie.
- I nie można było tak od razu?. Mam pojechać z Tobą?.
- Jeśli możesz. Byłabym Ci wdzięczna. - postanowiła zignorować jego pierwsze zdanie.
- Jasne, mała. Nie ma problemu. O której jedziecie?
- Jutro z rana, zapewne koło 7:00.
- Hm… może być ciężko, ale postaram się coś wymyślić.
- To by dla mnie wiele znaczyło.
- Dobra. Tylko się już rozchmurz. Nie lubię, jak masz taki nastrój – chwycił ją i przytulił do siebie.
Nie była zachwycona jego zachowaniem i tym, że po raz koleiny zdawał się myśleć tylko o sobie. Może jednak tylko sobie to wmawia. Musi przecież zrozumieć też jego uczucia. Miał zresztą rację, pora się rozchmurzyć. Nie powinna przejmować się ojcem, ani tym co być może się zdarzy, a być może nie. Takie zamartwianie się i gdybanie do niczego nie prowadzi. Wtuliła się w niego, chcąc poczuć się bezpiecznie i spokojnie. Uśmiechnęła się. Mimo wszystko miała szczęście, że kogoś ma. Zwłaszcza, że Artur nie był byle kim. Dobrze urodzony, ułożony i wykształcony. Przystojny prawnik za którym oglądały się tabuny dziewcząt. A on wybrał akurat ją. Czy ma więc prawo do czepiania się małych niedoskonałości?.

Środa, 07.09

Następnego dnia czekała już wraz z komendantem i resztą, która miała brać udział w tym przedsięwzięciu przed komisariatem. Umówiła się z Arturem na 7:30. Ta godzina minęła już dawno, więc zaczęła się trochę denerwować jego nieobecnością. Zwłaszcza, że nie chciała zaburzać napiętego czasu pracy policji. Próbowała dzwonić do mężczyzny kilkukrotnie, ale bez większego rezultatu. W końcu jej telefon zapiszczał oznajmiając o przyjściu wiadomości sms. W tym momencie podszedł do niej Marek.
- Pani Anno, może zostawię tu jednego funkcjonariusza, który zaczeka z panią na Artura. Spotkamy się na miejscu.
- Nie ma takiej potrzeby – odrzekła smętnie – Właśnie napisał, że nie dojedzie, coś mu wypadło…
- Ale… - Markowi cisnęły się na usta pewne słowa pod adresem młodego prawnika, ale powstrzymał się ze względu na dziewczynę. Ten chłystek nic się nie zmienił. Tak samo nieodpowiedzialny, jak dawniej. - Może zadzwonię po Wiktora.
- Nie, on ma swoje obowiązki. Proszę mu nie zawracać głowy.
- Powinna pani mieć kogoś, kto panią wesprze.
- Z całym szacunkiem, ale Wiktor nie ma z tym nic wspólnego. Szkoda czasu. Jedźmy, i tak zbyt długo was wstrzymywałam.
- Jest pani pewna? - zapytał sam będąc nieprzekonanym.
- Tak. Dziękuję za troskę, dam sobie radę.
Droga na miejsce dzisiejszego przeznaczenia zajęła im ponad godzinę. Dawno wyjechali poza miasto i minęli kilka innych, mniejszych. Mimo braku nastroju, Anna starała się podziwiać jesienne widoki. Nie miała dotąd możliwości wyjeżdżania poza obszary otaczające dom Wiktora czy pobliskie miasteczko. Nie wiedziała też czy kiedykolwiek wcześniej miała okazję gdziekolwiek podróżować. Co rusz przyłapywała się na tym, że znów wraca do nieznanej sobie przeszłości, a to wywoływało w niej nostalgię i nieprzyjemny żal.
Jechała autem wraz z komendantem, który prowadził i jeszcze jednym, młodym policjantem. Siedziała z tyłu, ale Marek co jakiś czas niespokojnie zerkał na jej odbicie w przednim lusterku. Nie był zachwycony, że dziewczyna jest sama. Może powinien był mimo wszystko przedzwonić do Wiktora.
Rodzinny dom dziewczyny znajdował się na obrzeżach jednego z większych miast. Była to uboga dzielnica pełna zaniedbanych budynków, śmieci i nieprzystrzyżonych żywopłotów czy trawników. Przed kilkoma domami kręciły się małe dzieci, często równie zaniedbane co otoczenie. Gdzieniegdzie napotkać można było jakiegoś pijaczynę, który samotnie podpierał ścianę, znalazła się również większa grupka, która na widok radiowozów szybko pochowała wystawione wcześniej na ziemi butelki.
Zatrzymali się przed umorusanym brudem domem z piętrem, którego ściany były niegdyś zapewne białe. Dach zdawał się, w niektórych miejscach grozić zawaleniem. Na zewnątrz przywitała ich częściowo urwana i mocno zardzewiała furtka wejściowa, która musiała dawno temu być zielona. Część, która miała być ogrodem, wyglądała tragicznie, zwyczajnie zarośnięte chaszcze. Wyraźnie już od bardzo wielu lat to miejsce nie widziało kosiarki, ani nawet kosy. Krzewy zamiast równo przystrzyżone sterczały na każdą stronę świata ukazując gdzieniegdzie martwe,wysuszone gałązki i liście.
Anna nie miała zbyt wiele czasu, aby rozejrzeć się po okolicy, a tym bardziej na zastanawianie nad czymkolwiek, bo policjanci od razu ruszyli do wnętrza domu. Mimo to przez jej głowę przemknęła myśl, że może powinna zając się tym ogrodem później i doprowadzić go do porządku.
"


Pozdrawiam,
Agafi

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Dzisiejsze "podstawowe" wyposażenie dziecka na wycieczkę...

WAKACJE!! Zasłużony odpoczynek dla wszystkich!
   No... przynajmniej dla dzieci i młodzieży, bo u rodziców ciężko mówić o wakacjach i odpoczynku ^^. Jednak nie o tym miało być, to tylko wstęp.

   Zanim wakacje na dobre zawitały w nasze progi, był czas klasowych wycieczek, grilli, ognisk i różnorakich wypadów szkolnych. Wraz z klasą mojej córci (zerówka) wybrałam się na jedną z takich wypraw. Wycieczka klasowa, wielka wyprawa małych stópek. Cudownie. Zadowolone dzieci i zadowoleni dorośli gromadzili się czekając na autokar, który miał zabrać nas w miejsce docelowe. Pogoda dzień wcześniej groziła odwołaniem całej wyprawy, to też tym bardziej wszyscy byli zachwyceni, że się unormowała. Nie była może wyśmienita, ale wystarczająca. 

   Dla mnie na takie wycieczki podstawą jest:
- ubiór na tak zwaną cebulkę + ewentualnie przyszykowanie na wszelki wypadek kurtki/płaszczyka, czegoś przeciwdeszczowego w razie deszczu.
- przyszykowanie prowiantu - jeśli wiem, że w czasie wycieczki ma być zapewniony posiłek, to szykuję niewiele, coś dodatkowego czy "na wszelki wypadek", bo różnie bywa z jedzeniem w obcych miejscach. (Ponieważ dodatkowo jechałam również z najmłodszą, tak więc miałyśmy ze sobą bułkę z kremem czekoladowym, pokrojone jabłko i marchewkę, dodatkowo herbatniczki)
- obowiązkowo picie!.

   Z przerażeniem obserwowałam to, co działo się w autokarze w czasie naszej jazdy w obu kierunkach... i nie chodzi o zachowanie dzieci, bo cóż... to dzieci!. Jeszcze bardzo małe, które nie są oswojone z takimi podróżami i nie do końca jeszcze wiedzą, jak powinny się zachowywać, a jak nie. No i to oczywiste, że w czasie jazdy, będąc zachwycone swoją wyprawą, ciesząc się z wycieczki i popisując przed kolegami/koleżankami będą zachowywały się, jak małe zwierzątka wypuszczone z klatki, jeśli mogę to tak określić ^^.
   Przypomnijcie sobie swoje wypady klasowe!. Ja pamiętam, że nawet starsze dzieciaki i młodzież na wycieczkach zachowywały się często, jak stado dzikich orangutanów (dobry nastrój, wygłupy, popisy, dowcipy itp.). To przecież całkowicie normalne zachowanie. Oczywiście pewne zachowania, wykraczające ponad normę, dobre wychowanie czy bezpieczeństwo należy ukrócić, to wiadomo. U nas również nie obeszło się bez upomnień i tłumaczeń, ale... 
   Szczerze?, nie przyszłoby mi do głowy, aby na wycieczkę dać dziecku chipsy, chrupki, żelki czy inne kulkowe, cukierkowe łakocie. Dlaczego?. Nie dlatego, że to niezdrowe. Wszystko z tego gatunku w granicach rozsądku jest dopuszczalne - takie mam zdanie. Jedak połączenie małe dzieci+ autokar+ wyżej wymienione jedzenie... efekt?. Totalnie, całkowicie zaśmiecony autobus!!. Wszędzie walały się żelki, chrupki, a na koniec również rozsypane chipsy i tona papierków różnego rodzaju i kształtu. 
   Ktoś powie, że przecież śmiecić można wszystkim. Jasne, to tylko dzieci, kawałki kanapek też się zdarzyły. Ale trudniej jest się popisywać kanapką i trudniej ją "rozsypać" po całej przestrzeni życia ^^. Rzadziej również się zdarza, aby dzieci rzucały do siebie kanapkami i częstowały się nimi poprzez kilka siedzeń do przodu czy tyłu ^^.

   Wielu rodziców zapewne nie zdaje sprawy, jak to wygląda w rzeczywistości. Dają swoim dzieciom łakocie na czas wyprawy, a nie na podróż. Każdy sądzi, że dzieci będą grzecznie zajadały się tym, już na miejscu, najpewniej przy jakimś stoliku czy na ławeczce w czasie przerwy. Otóż nie! i tu raz jeszcze odsyłam was do dalekich zakamarków waszej pamięci ^^. Jak to wyglądało na waszych wycieczkach?.
   W rzeczywistości jest tak, że gdy tylko autobus rusza w trasę, dzieci otwierają swoje torby, plecaki i torebki, by zjeść lub zwyczajnie pochwalić się tym, co mają w ich wnętrzach.

"Ja mam lizaka, drożdżówkę z czekoladą i chipsy, a Ty?". Czasami lista jest dłuższa i bardziej urozmaicona, czasami na fotelu pasażera nagle ląduje wszystko, co znajdowało się chwilę wcześniej w pakunku.

   Wydaje mi się, że nie tylko ze względu na porządek warto zastanowić się, co dajemy naszym dzieciom do jedzenia. Przecież dieta powinna być urozmaicona i niejednolita, dobrze byłoby również, aby była zdrowa. 
   Nie jestem zwolennikiem likwidacji wszelkiego "dobra" czyli słodkości i tzw. "śmieciowego jedzenia", jednak warto je ograniczać, gdy wszędzie jest ono dostępne. Przypominam, że dzieci najczęściej na wyprawę dostają również jakieś pieniądze w celu zakupienia pamiątki, ale często wydawane są one również na dodatkowe łakocie czy inne żarełko. Nie uniknie się tego, a zakazy i nakazy spowodują tylko bunt w pewnym monecie.
   Co zatem zapakować?. Cóż... najpierw wypadało by dziecko oswoić ze zdrowymi zasadami. U nas w domu, do szkoły daję im kanapki (z szynką, serem, pasztetem + ogórek, pomidor, czasem kanapki są z czekoladą) + owoc/warzywo. Ponieważ ja sama jestem owoco/warzywno żerna, moje dzieci (chwała Bogu!) odziedziczyły to po mnie ^^. Czasami dostaje dyspozycje "Czy mogę dzisiaj mieć marchewkę i jabłko?". W szkolnym plecaku głównie goszczą: jabłko, gruszka, banan, marchewka. Coś co nie będzie się "paprać" i rozwalać nadmiernie oraz co łatwo jest zapakować do plecaka. 
Podobnie rzecz ma się w sumie w czasie wypraw. Czasami dostaną dodatkowo jakiegoś rogala z czekoladą czy toffie, jakąś drożdżówkę z serem czy inne dobro. Bywa również, że zaszyje się tam również jakiś batonik czy ciasteczko ^^. 

Daleko szukać!
   Syn jest w klasie sportowej i po za tym, że ma codziennie wf, to trzy razy w tygodniu są te po dwie godziny na basenie. Koledzy namiętnie po lekcji okupują maszyny z łakociami, co wprowadza zamęt, chaos i kłótnie, denerwuje nauczycieli i zaburza dyscyplinę. Mój również chciał sobie coś tam kupować, ale przedyskutowałam z nim to i doszliśmy do porozumienia.
Moje argumenty?:
- te batony itp. w maszynach są o wiele droższe i szkoda kasy,
- pani się denerwuje i tracicie czas, bo każdy chce do maszyny, a wiadomo, że kilka osób na raz nie da razy kupować z maszyny,
- rozumiem, że po takim wysiłku potrzebujesz węglowodanów, dlatego umowa jest prosta. Kiedy idziecie na basen, pakuję Ci do plecaka dodatkowo do śniadania szkolnego batonika. (batonik jest zbożowy, z witaminami i małą zawartością czekolady, wystarczająco dla zaspokojenia pokusy i utraconej energii ^^).
   I tak przetrwaliśmy ten rok szkolny. Syn zadowolony, bo batoniki mu smakują i je ma, a dodatkowo pieniądze zaoszczędzone :P. Matka zadowolona, bo dziecko je zdrowiej i nie drażni nauczyciel ^^, a dodatkowo jest zadowolone. A wiadomo! Zadowolone dziecko = zadowolony rodzin ^^.

   Uwierzcie mi, że wszystko się da zrobić. Do wielu rzeczy dzieci przyzwyczaić i wielu ich rzeczy nauczyć. Wycieczka też będzie udana bez tych wszystkich łakoci i śmieci ^^. Czy chcemy uczuć dzieci przepychanek typu "Ja mam to i to, a Ty nie!"?. Ja na pewno nie.
I z tym pytaniem was już na dziś pozostawiam.

Pozdrawiam,
Agafi


czwartek, 31 maja 2018

Dziecku tak niewiele potrzeba do szczęścia

   Sytuacja na froncie wygląda obecnie następująco:
   W przebudowie mamy jeden z mostów (jeden z głównych, a w zasadzie ten najpopularniejszy), konkretnie stary most rozbierają doszczętnie, a na jego miejscu (tudzież tuż obok) postawią całkiem nowy). Tak czy siak masakr totalna, paraliż na ulicach, sodoma i gomora... ^^
   Szczerze?, chyba się cieszę, że nie mam jeszcze prawka i wolę iść na około, drugim mostem na nogach ^^. Jak coś muszę załatwić na mieście, to idę, jak starsze są w szkole. Mała w wózku, to jej wsieradno ;) i jeszcze ma frajdę, bo widoki różne, ciekawe i spacer zalicza.

   No i jest mega atrakcja "sezonu", szynobus (taki pociąg jakby), który przewozi ludność do centrum miasta przez most kolejowy. Ułatwienie jest, a pewnie!, ale przeludniony z rana masakrycznie, a schody to ma takie, że nawet wnieść wózek ciężko... To ja podziękuję, jak mam coś iść dalej załatwić...

   Pewnie się zastanawiacie do czego zmierzam, skoro tak "źle i niedobrze" i gdzie tu w tym wszystkim szczęście dzieci?.
   Otóż dziś, jak wiadomo wszystkim, a przynajmniej większości - dzień dziecka ^^. Z tej okazji obiecałam dzieciom "przygodę życia". Idziemy na szynobus i jedziemy do rynku na przepyszne, duuuże lody ^^. Też sobie zrobię dzień dziecka, a co ^^.

   Od tygodnia słyszałam pytania córy "kiedy ten dzień dziecka?" ;). Dziś z rana syn się przebudził i pyta "kiedy tym szynobusem będziemy jechać?", gdy odpowiedziałam, że dzisiaj, w odpowiedzi usłyszałam "Jeeee!" - oczywiście ściszonym głosem, aby śpiącej siostry nie obudzić ^^.

   Dlaczego to dla nich takie szczęście i tak wielka atrakcja?. Przede wszystkim łączy w sobie kilka ważnych dla dzieci elementów:
- Czas spędzony razem,
- Wyprawa z mamą,
- Przejażdżka czymś, czym jeszcze nie jechali - do tego czymś co jeździ po torach ^^,
- Lody!!
   Te elementy składają się w jedną całość. Coś się będzie działo!, Będzie coś nowego i fajnego, a do tego pysznego!.

   Najbiedniejsza w tym wszystkim matka, bo musi najmłodsze 10 -cio (a może już 11-sto) kilowe dziecię nieść na rękach, a potem tego ruchliwca upilnować, żeby przy lodziarni nie uciekało ^^'. Jednak czego się nie robi dla dzieci i ich zadowolenia! ^^. Damy radę, a co!. Jak nie matka, to kto?. Ojciec niestety w pracy :(.

   Prawda jest taka, że dzieciom naprawdę wiele do szczęścia nie potrzeba. Wystarczy trochę naszej uwagi i cennego czasu, kilka nawet niewielkich atrakcji, nawet wyprawa do jakiegoś obcego parku, na plac zabaw czy właśnie przetoczenie się po torach pociągiem lub innym dziwolągiem ;), coś dobrego do zaspokojenia kubków smakowych. 
   Najtrafniejsze jest sformułowanie, że dziecko brudne i zmęczone(byle nie do przesady z tym drugim, bo może być niefajnie!), to dziecko szczęśliwe ;).

   Tak więc na zakończenie - bo moja kochana szarańcza już tu krąży obok ^^ - wszystkim życzę udanego dnia dziecka i wszystkiego co najlepsze!. Pamiętajcie, by nigdy w sobie nie zabijać dziecka, które tkwi w nas głęboko ^^.

Pozdrawiam,
Agafi


sobota, 12 maja 2018

Pogratuluj dziecku!, nawet jeśli dla Ciebie to dane zdarzenie jest bzdurą

   Wczoraj oglądałam nowy odcinek jednego ze swoich "filmów" - nie ma większego znaczenia co to, znaczenie ma zaś treść i przesłanie, które powinno się z niego wynieść. To właśnie uwielbiam w tym najbardziej! Są kraje, gdzie twórczość zawsze niesie ze sobą piękne przesłania, która daje do myślenia (szkoda, że tak wiele osób tego nie zauważa i ślepo widzi w tym tylko "bajeczkę", ale cóż poradzić na ludzką ślepotę i głupotę? ^^).
   Wracając do tematu. Pewna grupka dzieci, nastolatków w pierwszej fazie tego okresu zdawała egzamin, który dla większości znaczył naprawdę wiele. Zapewne dla niektórych był kwestią "życia i śmierci" w ich nastoletnim mózgu ;). Po zaliczonym egzaminie ich dzieci, dwóch ojców wymieniło dosłownie 3 zdania w tym temacie. Pierwszy zdziwił się, że ten drugi nie okazuje zadowolenia i dumy, więc zwrócił mu uwagę, że mógłby się trochę rozchmurzyć choć raz. Na to drugi odpowiedział mu "Czy należy świętować rzeczy oczywiste?" po czym odszedł. Pomijając fakt, że dla tej postaci to zachowanie jest standardowe (zresztą sam podobnie traktowany był przez swojego ojca), to nasunęła mi się myśl - dla mnie oczywista.

   Czy należy świętować rzeczy oczywiste? - w przypadku dziecka, zwłaszcza własnego? TAK, zawsze i wszędzie!. Tak wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wielkie znaczenie ma nasza reakcja dla dzieci. Jak wiele znaczy dla nich dobre słowo, uśmiech, przytulenie.
   Jasne... część z tych dzieci po latach zrozumie "mój ojciec, moja matka po prostu taki/taka jest", a część do końca życia będzie chować urazę do swojego rodziciela za jego oschłość  brak okazywania uczuć, miłości i dumy ze swojej pociechy.
   Uraza do rodziców to jednak najmniejszy problem. Bowiem brak aprobaty, brak pochwał i obojętność na rzeczy ważne dla dziecka najczęściej skutkuje obniżeniem jego własnej wartości. To z kolei pogłębia się z wiekiem i powoduje mnóstwo problemów w szkole, pracy, życiu społecznym. Część osób o niskiej samoocenie nie umie sobie poradzić z wieloma rzeczami, albo są zwyczajnie wykorzystywani przez innych i czasem nawet dodatkowo gnębieni. Pomijam już fakt, że takie osoby gnębią siebie same, co prowadzi do jeszcze gorszych problemów.
  Jasne, da się z tego wyjść, ale ogromnym kosztem, a niektórym się to nie udaje wcale. Warto zatem zastanowić się czy chcemy tego dla swoich dzieci. Obserwujmy siebie samych i zastanówmy się czy, aby na pewno należycie reagujemy na zaangażowanie naszych dzieci. Czasem można coś przeoczyć, bo rzeczy dla nas proste i oczywiste dla dziecka mogą być cudem świata lub największym wyczynem.
   Jeśli widzisz, że Twoje dziecko opowiada Ci o czymś, - choćby o bzdurce - z wielkim entuzjazmem, również wykrzesaj z siebie ten entuzjazm, jakby i dla Ciebie, to co się dzieje było tak samo niewiarygodne, jak dla Twojego dziecka.

   Wiem i ubolewam nad tym, że do pewnych ludzi - tych, do których najbardziej powinno - to nie dotrze. Zal mi dzieci/ludzi, których rodzice nie okazują/nie okazywali nawet minimum zadowolenia z nich, a potem, gdy doprowadzili własne pociechy do niskiej samooceny - do stanu, w którym inni wykorzystują ich lub niczego nie są w stanie osiągnąć, bo zwyczajnie w siebie nie wierzą - nazywają ich nieudacznikami i mówią, że im wstyd. 
  Tak powinno być im wstyd, ale za siebie samych!. A tak niewiele trzeba, aby uniknąć tego, by zwiększyć prawdopodobieństwo, że dziecko będzie w przyszłości człowiekiem pewnym siebie i swojej wartości!.

   Oczywiście nie wykluczam tego, że czasem niska samoocena bierze się z innych powodów - środowisko rówieśnicze, charakter osobisty danego człowieka i wiele innych. Znam takie przypadki osobiście. Mimo to uważam, że rodzice, jako pierwsze i najważniejsze osoby w życiu człowieka (również pierwsze środowisko) mają największy wpływ na naszą samoocenę.
    Sama, gdy widzę, że moje dzieci w siebie w jakichś sytuacjach nie wierzą, to robię wszystko, aby wesprzeć ich i udowodnić, że dadzą radę. Rozmawiam, podaje przykłady innych trudnych zdarzeń/rzeczy, jakie pokonali/wykonali. Mówię, jak dumna z nich jestem oraz, że WIERZĘ W ICH!. Jestem pewna, że sobie poradzą i z tym. Wierzę, że poradzą sobie ze wszystkim, a w razie czego obok jesteśmy my, ich rodzice ^^.
Czy muszę podawać tu przykłady?. Jeśli tak, to proszę:
- Pogratuluj dziecku, że samo ubrało but/skarpetkę/spodnie - nawet jeśli inne dzieci w jego wieku już dawno to potrafią. Zwłaszcza, gdy sprawiało mu to problem. Nie zbywaj, go słowami, że "ktoś" już to umie od dawna, inni już to potrafią, a Ty?
- Powiedz, że jesteś dumny/a, bo udało mu się połączyć klocki, ułożyć puzzle - to nie ma znaczenia ile ich było i jakiej są wielkości, dla Twojego dziecka mogło być to wyczynem.
- Chwal każdą ocenę, zaliczoną klasówkę, kartkówkę, pracę domową i szkolną. A jeśli coś pójdzie nie tak nie krzycz, nie złość się Powiedz, że szkoda, ale trudno, zdarza się najlepszym,a wszystko można poprawić.

Zwróćmy większą uwagę na nasze dzieci, to co ich cieszy, fascynuje i bawi. Na ich małe i duże problemy. A przede wszystkim zwróćmy uwagę na siebie samych i nasze zachowania w stosunku do nich.

Pozdrawiam,
Agafi

poniedziałek, 7 maja 2018

Wolne od rzeczywistości

   Znów mnie długo nie było, tak wiem i postaram się poprawić. Łatwo nie jest. Natłok wszelkich obowiązków, choć to nie nowość ^^, do tego szkoła mojego dziecka chce wykończyć jego, a przy okazji mnie,  średnie charakterne (po mamusi :P) przechodzi obecnie bunt, no i najmniejsze, które biega w około i ostatnio złości się o każdą rzez, która nie wyjdzie po jej myśli ;). Zatem w domu jest bardzo głośno ostatnio ^^.
   Zajęłam się sprawami związanymi z moja przyszłością (niedaleką i mam nadzieje dłuuugą) i powiem szczerze, że czasem to nie wiem od czego zacząć i w co ręce włożyć najpierw. Na wiele spraw zwyczajnie nie mam czasu, a czasami nie ma już siły, ale przede wszystkim ostatnio zajmuje mnie to, czemu chce poświęcić najbliższą przyszłość, a na czym mam nadzieje uda się też zarobić.
   W związku z powyższym (wstyd się przyznać), ale nie napisał NIC nowego... ani słowa -_-'.

   Nie o tym jednak chciałam dzisiaj pisać, a o ostatnim długim weekendzie i naszych "zasadach" w czasie tego typu.
   Otóż jest u nas taka niepisana i niemówiona umowa, że kiedy wyjeżdżamy na wakacje, to wszelkie sprzęty typu laptopy, tablety itp. zostają w domu. Wyjątkiem jest telefon, ale tylko w celu kontaktu z rodziną, ewentualnie służy za mapę czy informację turystyczną ;). Co prawda zazwyczaj wyjeżdżamy w miejsca, gdzie i tak zasięg jest znikomy, albo w ogóle go nie ma :P...
   Dzięki temu zabiegowi wszyscy wypoczywają na max i każdy ma dla każdego czas. Jeździmy, zwiedzamy, łazimy, wędrujemy. Szukamy tego, czego nie mamy na co dzień, a co spodoba si dzieciom i przy okazji do-edukuje je.

   Tym razem nie były to może typowe wakacje, ale wykorzystaliśmy do tego długi weekend majowy ^^. Wyjechaliśmy na 4 dni w Bieszczady i zaliczam ten wypad na 6+.
   Nie dość, że dzieciaki ucieszyły się z niespodzianki, bo nie wiedzieli o wyjeździe i dowiedzieli się dopiero na jakąś godzinkę przed ^^, to jeszcze po każdym dniu mówili, że było fajnie, a wieczorem padali zmęczeni i zadowoleni ;).

   Byliśmy nad Soliną(dwa dni z rzędu), którą dzieciaki pokochały w zeszłe wakacje. Odwiedziliśmy Żubry zagrodowe w Muczne - tam są hodowane i przygotowywane do wypuszczenia na wolność. W muzeum byliśmy w okresie wakacyjnym, a teraz zwiedziliśmy wystawę w Muczne przy Centrum Promocji Leśnictwa. Przyznam, że okazy zachowane w naprawdę doskonałym stanie, niemal niczym żywe. Pan, który oprowadza jest niesamowicie sympatyczny i potrafi zaciekawić zarówno dorosłych, jak i dzieci. Do tego ma do tych drugich podejście i zachęca do własnej aktywności oraz sprawdza i pogłębia ich wiedzę.
   W czasie wyjazdu dodatkowo widzieliśmy całą masę żywych jaszczurek, ropuch, żab, najróżniejszego ptactwa, nie wspominając o koniach, krowach, owcach itp., a nawet kilka węży(co prawda te ostatnie już po drugiej stronie...ale jednak ^^)
   W ostatni dzień dzieci polowały na żabki pływające w stawie przy naszym domku, a ja siedziałam (udając, że mnie nie ma) i też polowała, ale aparatem na te same stworzenia. Nagrałam nawet ich słodkie kumkanie i jednego rechotka, któremu napinały się baloniki w czasie zalotów ^^. W każdym niemal potoku, w każdej rzece, w każdym baseniku i stawiku można było zaobserwować różnej wielkości kijanki.
Były oczywiście też motyle, muszki, żuczki i inne robaczki ^^. Istny raj dla dzieci i mnie - fotografa ^^.
Zazwyczaj w czasie takich wakacyjnych wypadów uruchamia się mi wena, dlatego i tym razem zabrałam ze sobą wydrukowane moje ostatnie powieści z myślą o kontynuacji. Okazało się jednak, że 4 dni to za mało, a dodatkowo spędzaliśmy je tak bardzo aktywnie, że wieczorem oczy same mi się zamykały i nic z tego nie wyszło.

Musze przyznać, że takie wypady niesamowicie regenerują akumulatory człowieka. Kocham to i polecam każdemu!. Przyjemne z pożytecznym, a cała rodzina zadowolona! ^^.

Pozdrawiam,
Agafi