piątek, 22 marca 2019

Trochę o "nauczycielach" w oczach rodzica i pedagoga


W ostatnim czasie głośno o nauczycielach i ich strajku. O takich rzeczach zawsze jest głośno, niezależnie od tego kto strajkuje – lekarze, górnicy, rodzice dzieci niepełnosprawnych, teraz czas na kolejną grupę. Co poradzić, takie mamy czasy, że ludzie mają dość i się buntują.
Mnóstwo znajdzie się takich, co powiedzą, że „w du…. się ludziom poprzewracało”, „Ciągle im mało”. Może coś w tym jest, ale dotyczy to całego społeczeństwa i to tylko dlatego, że życie jest coraz droższe. Ponadto czemu się dziwić, że ludzie chcą godnie zarabiać za swoją pracę?. Zapewnić należyte warunki życia swojej rodzinie?.
Wracając do tematu. Pomimo iż nie pracuję obecnie w zawodzie i ogólnie rzecz biorąc, nie jestem typowym nauczycielem przedmiotowym, to jednak mam ogromną świadomość tego, jak to wygląda:
A. Bo uczyłam się wielu rzeczy na swoich studiach,
B. Bo robiłam praktyki w szkole,
C. Bo pracowałam w przedszkolu, jako nauczyciel,
D. Bo w swoim środowisku mam sporo pedagogów i nauczycieli różnego rodzaju (również w swojej rodzinie)
E. Mam swój rozum i oczy!.
Choć również wiem, że jest (niestety) sporo nauczycieli, którzy nie przykładają się, jak należy i nie zasługują na „zaszczyty”, ba… są nawet tacy, którzy moim zdaniem nie powinni w ogóle pracować w swoim zawodzie. Był nawet taki czas, gdzie trafiało mnie na myśl, że ja czy inna bliska mi osoba z sercem na dłoni i ogromem energii do pracy z dziećmi, nie miałyśmy pracy (bo było brak etatów), a jeden z drugim nieodpowiedni miał ciepły stołeczek, bo pracuje już lata lub ma znajomości/rodzinę w danej placówce, choć się do tego kompletnie nie nadaje. Ale cóż, trzeba było się zwyczajnie z tym pogodzić. Choć boli patrzeć na dzieci, które marnują się pod „skrzydłami” kogoś, kto nie ma do tego serca, odpowiedniego podejścia i ogólnie rzecz biorąc ma gdzieś swoją pracę i obowiązki, jakie powinien sprawować. Nie raz się na to natknęłam i nadal natykam.
Jednak wiem też doskonale o tym, że jest również cała masa nauczycieli i pedagogów, którzy kochają swoją pracę i wkładają w nią i tylko wiele energii i pracy, ale nawet WŁASNYCH PIENIĘDZY. Tak, tak! Dobrze czytacie. Znam szkołę, gdzie nauczycielki w klasach 1-3 z własnych pieniędzy kupują małe nagrody co miesiąc, aby zachęcić i wyćwiczyć w dzieciach chęć do czytania. Są to drobiazgi, jakieś kolorowe gumki w ciekawych kształtach, kredki, flamastry itp. (jednak jak się zliczy te „drobiazgi” razy ilość dzieci w klasie razy 10 miesięcy szkoły, to jednak trochę jest).
Ktoś zapyta z oburzeniem „dlaczego z własnych pieniędzy?”, a no dlatego, że szkoły na to nie stać. Szkoła moi drodzy nie ma na takie rzeczy finansów. I to nie wina szkoły, a ogólnych finansów przekazywanych odgórnie przez Gminę, a dalej przez Państwo. Należę do rady pedagogicznej rodziców i wiem, że choć suma wydaje się być duża, to jednak Dyrekcja każdej szkoły pieniądze te musi rozdzielić na:
- pensje dla nauczycieli i pracowników szkoły,
- wydatki związane z codziennymi potrzebami (przybory, papier, tusze, itp.), zapewne również na środki czystości i inne takie,
- opłaty za prąd, ogrzewanie, gaz, woda, wywóz śmieci i nieczystości, itd.,
- remonty,
- i wiele, wiele innych.
Ktoś inny powie „No dobra, ale nauczyciel wcale tego robić nie musi, nie ma obowiązku wydawania swoich pieniędzy, kupowania nagród”. Jasne!, nie ma obowiązku. Jednak ja osobiście, jako rodzic szczerze doceniałabym takie poświęcenie. Doceniam każdy przejaw nieszablonowego wpływania na zachęcenie uczniów do nauki. Doceniam każdy przejaw doceniania pracy uczniów.
Zawsze boli mnie, gdy moje dziecko stara się, uczy, robi dodatkowe zadania i jest to przez szkołę zbywane. Owszem, często bywa, że ja sama wiele czasu poświęcam, by dzieciom pomóc i wesprzeć ich w nauce. Nie wymagam by doceniano moją pracę i mój wkład w edukację, bo jestem rodzicem i jest to mój obowiązek!! - a czasy mamy takie, i program ułożony przez osoby, które za przeproszeniem nie mają o nauczaniu pojęcia + chcą ogłupić naród, że rodzice muszą chcąc nie chcąc dzieci swoje mocno wesprzeć. Zwłaszcza na początkach ich edukacji. Ale nie o tym ;). Nie chodzi o mnie i moje poglądy, lecz o fakt, że nie docenia się ciężkiej pracy dziecka… Dlatego tym bardziej z chęcią i całym sercem wesprę nauczyciela, który stara się, by dzieci uczuły się z chęcią, wiedząc, że to zwyczajnie się opłaca.
Nie chodzi o to, by uczyć dziecko, że wszystko się mu należy, ale uczyć go, że za ciężką pracę jest nagroda. Najpierw to może być naklejka, książeczka, jakaś mała zabawka, w przyszłości będzie to dobrze zdana matura, zaliczone studia, a na koniec pensja.

Teraz czas na kilka mitów:

MIT I: Nauczycielami zostają nieroby i nieuki.

Serio?, ale…. SERIO?!.
Czy ktokolwiek z osób, które tak twierdzą był na studiach pedagogicznych choćby, albo na studiach kierunkowych przyuczających do zawodu nauczyciela j. Polskiego, j. Angielskiego, historii, biologii, geografii, matematyki, fizyki, chemii, a nawet takich „banalnych” przedmiotów, jak wf’u, plastyki, religii, techniki?. Na prawdę sądzicie, że to takie proste i przyjemne?, że ktoś kto idzie na nauczyciela matematyki czy chemii uczył się na studiach mniej niż naukowiec czy chemik, którzy tworzą nowe urządzenia, samochody, nowatorskie mieszanki (w tym zdrowsze farby itp.) czy leki?.
Ja osobiście kończyłam Pedagogikę Społeczno Opiekuńczą (przy czym na 4-5 roku dodatkowo wybierałam specjalizację – moja to Diagnoza i Poradnictwo Pedagogiczne). Na swoich studiach miałam przedmioty takie, jak: Historia wychowania (czyli przekrój, jak wyglądało nauczanie od czasów prehistorycznych niemal, przez wszystkie epoki, aż do współczesności. Uczyliśmy się o wszystkich prekursorach, znawcach edukacji, o dobrych i złych metodach nauczania), Biomedyczne podstawy rozwoju, Psychologia społeczna, Psychologia rozwoju, Pedagogika specjalna, Psychologia ogólna, Psychologia wychowania, Socjologia, Andragogika, Metodologia badań, Emisja głosu, Filozofia, nie zapominając o języku obcym ;).
I uwierzcie mi, że to nie wszystko czego się uczyłam na studiach. Należy również podkreślić fakt, że osoby uczące przedmiotów mają również sporo różnych przedmiotów łatwiejszych i trudniejszych. Na dokładkę to tego wszystkiego za czasów naszych rodziców nauczyciel kończył jedną szkołę i mógł pracować niemal wszędzie. Teraz do każdej dziedziny są osobne studia: Przedszkole i klasy I-III – Pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna, do GOPSu i MOPSu – Pedagogika socjalna, do pracy z dziećmi z niepełnosprawnościami i dysfunkcjami – Oligofrenopedagogika (i tu jeszcze zależy, jakie dysfunkcje, bo może być potrzebna nie oligo, a surdopedagogika czy tyflopedagogika.
Są nauczyciele, którzy ukończyli kilka kierunków, robili studia podyplomowe, kursy, szkolenia. Ciągle się doszkalają i rozwijają. Są nauczyciele, którzy mają nie tylko magisterkę, ale doktoraty.


MIT II: Nauczyciele pracują tylko 18 godzin w tygodniu i co 45 minut mają przerwy.

Noooo… powiem wam, że jak to usłyszałam, to nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać ;)

Pomijając fakt, że w chwili obecnej czas pracy nauczycieli przy tablicy potocznie mówiąc został zwiększony do 20 godzin, to należy pamiętać, że nauczyciel tak samo, jak każdy inny zatrudniony na umowę w przepisach ma 40 godzin pracy. Te godziny składają się również na czas pracy poza klasą (sprawdzanie prac domowych, sprawdzianów, kartkówek, zeszytów, ćwiczeń, przygotowywanie materiałów do pracy z uczniami, zebrania z rodzicami, dni otwarte, rady pedagogiczne, itp.). Jak to słyszałam od kilku już osób z tego zawodu, chętnie pracowałyby w swojej szkole 40 godzin tygodniowo gdyby:
A. Zapewniono im odpowiednie warunki pracy (nie stół jeden na 30 nauczycieli i jedna kserokopiarka),
B. Nie musieliby pracować w domu (a wierzcie mi, że czasami pracują więcej niż 40 godzin, tylko tego nie widać).

Teraz kwestia przerw. Taaa… wolne, sielanka normalnie!… Tylko zapominacie, że każda przerwa to dyżury nauczycieli dbających o bezpieczeństwo uczniów. Na pewno znajdą się tacy, co trochę to naginają lub nie wypełniają swoich obowiązków należycie (jak w każdej pracy i każdym zawodzie). Fakt jest jednak taki, że nauczyciel nie ma przerwy co 45 minut. Zazwyczaj w czasie swojej kilkugodzinnej pracy w szkole nie ma przerwy w ogóle.


MIT III: Nauczyciele mają tyle wolnego! Wszystkie weekendy, święta, ferie, wakacje.

Hm… no zapewne kilku się takich znajdzie. Ale jednak przeciętny nauczyciel W dniach, gdy każdy zwykły człowiek pracuje, a szkoła niby nie, musi zapewnić opiekę dzieciom, choćby na świetlicy, czyli musi wykazać gotowość do pracy. To nie jest tak, że całe wakacje nauczyciele mają labę. Bo w tym czasie są rady pedagogiczne i inne zajęcia (czasem poprawy egzaminów również). Nauczyciele w pierwszym i ostatnim tygodniu wakacji muszą wykazać gotowość do pracy. Do tego reszta wakacji, to ich urlop, który przysługuje im, jak każdemu innemu człowiekowi. Różnica jest taka, że ktoś kto pracuje w firmie może wziąć urlop kiedy zechce, nawet w środku roku, a nauczyciel nie. Urlop przysługuje mu jedynie w okresie wakacji letnich. No chyba, że bezpłatny :P . A w weekendy i ferie bywa, że nadrabiają zaległości w pracy, których nie zdążyli zrobić w tygodniu.
Chciałabym wam podkreślić fakt, że nauczyciele coraz bardziej zawalani są papierologią. Teraz to nie tylko ich codzienne zadania i zajęcia, wypełnianie dzienników, ale również program pracy, dokumentacja związana z egzaminami, wychowawstwem, scenariusze lekcji, i inne pierdoły (nawet mi się nie chce tego wszystkiego wymieniać). - teraz w niektórych szkołach dzienniki papierowe zostały zastąpione elektronicznymi, a w innych funkcjonują oba, a to dodaje pracy.
Mało tego, są nauczyciele i tacy, którzy w ferie pracują na wyjazdach, jako opiekuni, lub prowadzą zajęcia dodatkowe dla dzieci. Inni zaś w wakacje wyjeżdżają na obozy i kolonie lub prowadzą pół kolonie. Są i tacy, którzy biorą udział i w jednym i drugim. Dodatkowy zarobek, no tak, ale dlaczego nie?. Zresztą nie są to jakieś powalające kwoty... Mimo to należy napomnieć o tym napomknąć moim zdaniem.
Chyba nie muszę się w tym temacie bardziej rozwlekać. Jak ktoś ma wątpliwości, to niech poczyta o obowiązkach nauczycieli ;).


MIT IV: Nauczyciele przedszkoli, to mają lekko. Przecież oni tylko się bawią!

Buahahahaha!!! No inaczej nie zacznę ;D.
Tak się składa, że sama w przedszkolu pracowałam. Czytałam wiele i wiele słyszałam z różnych źródeł. Miejcie litość, bo padnę ze śmiechu…

Czy wiecie, że przeciętny 2,5 – 3 latek idący do przedszkola często nie potrafi samodzielnie jeść, ubierać się (nawet naciągnąć spodni, założyć skarpetek czy butów), a czasem nawet ma na sobie pieluchę lub jeszcze zdarza się mu zwyczajnie zapomnieć, że trzeba iść do wc.
Bywa, że te dzieci mają problemy z mówieniem, bywa, że mają jakieś dysfunkcje, które nie zostały jeszcze zdiagnozowane (bo to długa droga w wielu przypadkach). Każde z nich ma swoje własne problemy i problemiki, swoje poglądy na świat lub poglądy rodziców…
Do tego dzieci, które były pod skrzydłami mamy, babci, cioci, opiekunki nie potrafią funkcjonować w społeczeństwie w sensie szerszym, a tu nagle są „zostawione” w miejscu, gdzie na 24 dzieci są dwie panie, a w około mnóstwo tak samo zapartych, „egoistycznych” istotek, jak oni ;).
Z premedytacją słowo „egoistyczne” dałam w cudzysłów, aby źle mnie nie zrozumiano. Chodzi mi jedynie o fakt, że takie dzieci chcą wszystko dla siebie, często nie potrafią się dzielić i na dodatek są w okresie tzn „buntu 2-3 latka”. To oznacza nic innego, jak fakt, że nie tylko sprawdzają granice opiekunów i rodziców, ale również uważają, że wszystko ma być tak, jak one tego chcą ;).
Potem się okazuje, że po kilku tygodniach, w ekstremalnych warunkach po kilku miesiącach nagle te dzieci same jedzą, same się ubierają, przebierają, zaczynają mówić, ba! nawet zdania układać, dzielą się zabawkami, potrafią grzecznie mówić "proszę, dziękuję, przepraszam" - No magia, normalnie!. Cudowne dzieci, same się uczą ;). A przecież pani/ciocia w przedszkolu tylko się bawi i nic wielkiego nie robi... i nie robi nic razy dwadzieścia parę :P.

Nauczyciel przedszkola ma również program nauczania, który musi wypełnić. Również prowadzą dziennik nauczyciela, sprawdzają obecność i prowadzą zajęcia. Powodzenia zwykłemu szaremu człowiekowi w ogarnięciu dwudziestki dzieci, które chcą się bawić i zachęceniu ich do tego by usiadły na 15-20 minut w miejscu i skupiły się na nauce (zwierzątek, roślinek, warzyw, owoców, instrumentów, itp.). Z boku to wygląda super ekstra. Siedzicie sobie w kółeczku czy półkolu na dywanie i uczycie się pierdółek :). Tylko…. W praktyce, każde z tych dzieci zerka na boki, na półki i kąty, gdzie leżą zabawki, które musiało odłożyć i chciałoby do nich wrócić. Wiele z nich też chętnie podokucza koleżance i koledze z boku, albo sobie pogada o czymś innym.
Ale co tam potem trzeba te kochane stworki posadzić przy stolikach i zrobić z nimi prace plastyczne, techniczne i inne ;).
Ja miałam „szczęście” mieć dodatkowo grupę mieszaną od 2,5 roczniaka do 6 latka (w tym dzieci z dysfunkcjami i z rodzin patologicznych). To dopiero była zabawa ;).

Jedyna „przerwa” to obiad, który przerwą nie był, bo trzeba było pilnować dzieci przy jedzeniu, uspokajać, niejednokrotnie wspierać i uczyć!. Potem mycie, szykowanie do odpoczynku młodszych i prac wyciszających starszych, a także sprzątanie po obiadku.
Aha! I jeszcze codzienne spacery lub zabawa na placu zabaw ;). Oczy dookoła głowy, żeby nikomu nic się nie stało, żeby żadne dziecko Ci nie zginęło (przeliczanie co 2 minuty robaczków z upewnieniem się, czy nie policzyło się dwa razy jednego dziecka i czy największe „agenty” są w tym tłumie ;).
Ten opis to praca nauczyciela przedszkola tak w pigułce.


Teraz kilka spraw, które mi się nie podobają tak samo, jak wam:

Przede wszystkim, ja również wkurzam się, że moje dziecko ma tak wiele pracy w domu. Dużo więcej niż miałam ja w jego wieku. Wkurza mnie program, który jest niedostosowany do wieku dzieci (i nie dotyczy to tylko tych, które poszły wcześniej, ale również starszych klas). Wkurza mnie, że muszę poza pracą zawodową i obowiązku domowe robić za nauczyciela. Tylko jest pewne „ale”. Mianowicie - ale zdaję sobie sprawę z tego, że choć czasem to wina złego nauczyciela/nieumiejętnego nauczania, to w przeważającej większości winę ponosi Państwo, jako rząd, a konkretnie osoby, które nieumiejętnie zarządzają sprawą, bo nie mają pojęcia o edukacji…
Przez to nauczyciele nie są w stanie ogarnąć całości materiału i nauczyć wszystkiego, zwłaszcza gdy mają klasy 25-30 osobowe, w tym często mocno utrudniające funkcjonowanie klasy dzieci – a ich rodzice mają lekceważący stosunek do nauczycieli.

Druga sprawa to termin strajku, który został ustalony nie przez nauczycieli samych w sobie, ale przez „wspaniałe” związki zawodowe… a nauczyciele mają do wyboru siedzieć cicho i dać się poniżać – bo to już nawet nie o te pieniądze chodzi, co o szacunek do zawodu… albo zgodzić się na to, co związki wymyślą i w ten sposób przekazać swój głos.
Choć jestem całym sercem za nauczycielami, przede wszystkim tymi prawdziwymi i mocno pracującymi, to nie podoba mi się czas i sposób strajku… Nie tędy droga moim zdaniem.
To co zaproponowały związki zawodowe tylko pogorszy sytuację nauczycieli w oczach rodziców i społeczeństwa, a także uderza w dzieci, które niczemu winne nie są w tych sporach.
Są nauczyciele, którzy wierzą, że rodzice złość swoją przekierują na państwo, aby wreszcie coś zrobiło w sprawie nauczycieli. Ja niestety znając ludzi wiem, że podziała to zupełnie inaczej i znów oberwie się nauczycielom…

Przykre to, że ludzie są tak mało obiektywni, tak mało zorientowani w kwestii edukacji i zamiast stanąć po właściwej stronie i wesprzeć tych, którzy próbują kształcić dzieci i młodzież, to obracają się do nich plecami dając tym samym wyraz braku poszanowania dla czyjejś pracy, a tym samym pokazując rządzącym, że mogą olać sprawę nauczycielską… :(
Uwierzcie mi, że naprawdę nie wszystkim nauczycielom jest tak strasznie źle. Po prostu mają dość lekceważenia ich trudnej pracy, wymagające wiele sił, energii, pozytywnych wzmocnień i niesprawiedliwości. Mają też dość tego, jak wiele w ostatnim okresie czasu się im odebrało. Zachęcam was mocno do tego, abyście zaznajomili się ze zmianami, jakie nastąpiły w okresie ostatniego roku czy dwóch lat. Uwierzcie.... nauczyciele buntują się, bo zamiast dostać więcej, dostają mniej... warunki pracy są coraz trudniejsze, warunki awansów zawodowych również zmieniono i mocno utrudniono. I do tego co rusz wymyśla się nowe zasady, by ludzie na swoich stanowiskach musieli robić kolejne studia (w celu wydania kasy, bo na tych studiach jest wiedza, którą już często posiadają...) - już nowe plany zmian powstały w tym kierunku :/.

To, że zawsze znajdą się tacy, którzy będą narzekać na innych, którzy będą złorzeczyć na nauczycieli (podczas, gdy często sami niewiele robią w kierunku wychowania i edukacji swoich dzieci…), to oczywiste. Zawsze tak było, jest i będzie. Jednak ja pamiętam jeszcze czasy, gdy nawet jeśli rodzic nie lubił nauczyciela, to nie pozwolił dziecku źle o nim słowa powiedzieć. Mnie i moje rodzeństwo również w domu wychowywano tak, abyśmy szanowali nauczycieli. W sumie, to każdego mieliśmy szanować i tak jest ;). Jeśli przychodziłam ze szkoły zła, że zostałam niesprawiedliwie oceniona czy potraktowana (zdarza się najlepszym), to mama mówiła „Zastanów się czy nauczyciel nie miał racji” i był koniec dyskusji. Nauczycielowi, jak każdemu innemu dorosłemu należał się szacunek. Po latach, gdy już dorosłam dostatecznie dowiedziałam się, że niektórych nauczycieli moja mama szczerze nie lubiła tak samo, jak ja :P.
Uważam, że rodzice mają prawo być niezadowoleni, mają prawo psioczyć na nauczycieli, którzy nie wypełniają swoich obowiązków, ale nie przy dzieciach!!. Dzieci powinny wiedzieć, że niezależnie od sytuacji innego człowieka TRZEBA szanować!.
Jeśli nie nauczymy ich, że szanuje się drugiego człowieka, to nie będą szanowały i nas samych. Komentując w zły sposób innych ludzi w obecności dziecka, sami zaciskacie sobie pętlę na około własnej szyi. Bo dziecko dojdzie do wniosku, że skoro nie musi szanować nauczyciela, bo jego zachowanie mu się nie podoba, nie musi szanować pani w sklepie, bo tez mi się nie podoba jej wygląd, czy sposób bycia, to dlaczego ma szanować rodziców?. Przypominam, że każdy w pewnym momencie natknie się na czas, gdy jego dorastające dziecko będzie miało swoje poglądy i będzie mu się wydawało, że jest mega dorosłe i wszystko wie lepiej. Wtedy to uzna, że nie musi szanować rodziców, skoro według niego również zachowali się źle (tak, jak wcześniej nauczyciel czy sprzedawca).
To jednak już temat na inny raz. I tak się mocno rozpisałam :P

Pozdrawiam,
Agafi

niedziela, 30 grudnia 2018

W związku z nadchodzącym nowym rokiem ^^


Obiecałam, że przed nowym rokiem jeszcze do was napiszę i tak też czynię. Obietnic przecież łamać nie wolno!.
O czym będzie ten wpis?. Przede wszystkim o nadchodzącym nowym roku, ale i o minionym. O planach, marzeniach i wielu innych. Krótko mówiąc zwykły, przeciętny wpis blogera tuż przed nadchodzącym nowym rokiem ^^.

Minione dwa lata były dla mnie bardzo ważne, pełne cennych wspomnień, dokonań i spełnienia kilku marzeń. Przede wszystkim w roku 2017 narodziła się nasza druga córka, a trzecie dziecię, którego bardzo pragnęłam. Stoczyłam małą walkę by przyszła na świat, ale wszystko skończyło się po naszej myśli i teraz jest pełnym energii, cudownie rozwijającym się niespełna dwulatkiem. W roku 2018 zaś, jak wiecie dopięłam swego i założyłam własną działalność gospodarczą, którą teraz trzeba rozwinąć. To plan na rok 2019.

Jako fanka kultury japońskiej i dalekiego wschodu zawsze zwracam uwagę na to, jaki nadchodzi rok. Rok 2019 to chiński rok świni.


Co kojarzy mi się z tym rokiem?.
Przede wszystkim cyfra „9” jest moją ulubioną, więc wierzę, że z pewnością przyniesie mi wiele szczęścia ^^. Świnia zaś to stworzenie bardzo inteligentne i niedoceniane przez ludzi, choć staje się coraz bardziej popularna, a jej zalety wypływają na światło dzienne. To daje mi nadzieję, że tak, jak teraz i ja jestem mało popularna, ale z ogromem wiedzy i doświadczenia, to z czasem ludzie w końcu dostrzegą moje zalety i stanę się bardziej „rozpoznawalna”.
Ponadto świnia wszystkożerne i silne stworzenie pomoże w nowym roku przetrwać wszystkie trudności i niepowodzenia. Pożre wszelki stres, nieszczęścia i przeszkody postawione na drodze naszego życia.
Świnia zawsze kojarzona jest ze świnką skarbonką. To nieodłączny symbol oszczędności, zaradności i sukcesu. I tego się trzymajmy ^^.

Na nadchodzący nowy rok mam kilka planów, które mam nadzieję uda mi się spełnić. Nie chodzi nawet o to, by odniosły sukces, ale by zaistniały, czy też bym mogła ruszyć do przodu z planami, które ostatnimi czasy musiały przejść na dalszy plan. Choć jestem bardzo zadowolona z tego, czego udało mi się dokonać w tym mijającym roku, to jednak jest coś, co spędza mi sen z powiek. Jedno postanowienie, którego nie udało mi się spełnić, a które jest dla mnie bardzo ważne. Bardzo chciałabym, aby udało mi się wypełnić je w pierwszej połowie nowego roku i postaram się zrobić wszystko, aby tak się stało.
Trzymajcie za mnie kciuki i mobilizujcie do dalszych dokonań. Będę wdzięczna, jeśli za jakiś czas upomnicie się o to, aby dała znać, czy plany zostały wypełnione w należyty sposób. Ja zaś obiecuję, że każdym, nawet małym sukcesem podzielę się z wami bardzo szybko.

Nigdy nie robiłam i nie zamierzam robić list noworocznych obietnic, czy postanowień. Wszystko to mam zawsze w głowie i staram się nigdy nie obiecywać samej sobie zbyt wiele, ani rzeczy niemożliwych do wykonania. Jestem osobą, która wymaga od siebie bardzo wiele, często dużo więcej niż wymagam od innych. Nie chciałabym zatem czuć się źle z powodu nie wykonania powierzonych sobie zadań.
Ludzie, którzy mnie dobrze znają wiedzą, że jestem perfekcjonistką. To w połączeniu z wymogami wobec siebie i moją dumą powoduje z pewnością, że nie jestem osobą łatwą (wiem o tym), ale powoduje też, że zawsze i wytrwale dążę do wyznaczonych sobie celów. Niezależnie od tego ile czasu będzie na to potrzeba. Wyznaczanie sobie ram bywa często bez sensu. Lepiej postanowić sobie „Zrobię wszystko, co w mojej mocy”, „Zrobię tyle ile będę w stanie”, „Nie poddam się”. Tak rozpoczęte postanowienia z pewnością nie tylko ułatwią nam życie oraz ułatwią wykonanie i dotrzymanie ich, ale również nie zdołują jeśli pod koniec roku stwierdzimy, że czegoś nie udało nam się wypełnić w całości. Ważne będzie to, że dążyliśmy do tej „doskonałości”, że zgodnie z postanowieniami zrobiliśmy wszystko, albo wiele by było tak, jak tego chcemy. Wówczas zamiast czuć popadanie w „dół”, odczujemy dumę i radość, bo spełniliśmy przyrzeczenie.
Nie chodzi bynajmniej o to by wybronić się z nic nie robienia, o nie, nie!. Co to, to nie!. Lenistwa i nieróbstwa nie wytłumaczy nic. W takim wypadku nikt nie będzie mógł powiedzieć, że zrobił co było w jego mocy, ani że starał się jak mógł, ani nawet, że nie poddał się. Czyż nie?
Chodzi głównie o to, by nie stawiać sobie celów niewykonalnych, czy też trudnych do spełnienia. Chodzi także o to, aby postanowienia nie były nam ciężarem, ale pewnego rodzaju wyznacznikiem na przyszły czas.


Tak już jest, że utarło się, aby w sylwestra czy też przed nim stawiać sobie pewnego rodzaju „zasady” czy przyrzeczenia na nadchodzący nowy rok. Ale prawda jest taka, że takie postanowienia można tworzyć w różnych momentach: urodziny, ślub, narodziny dziecka, post. Każda okazja jest dobra do zmian. Nie ma nic złego w tym, że chcemy zmieniać się na lepsze, że chcemy wymagać od siebie czegoś więcej niż dotychczas. To daje nam poczucie, że stać nas na więcej, że możemy stworzyć sobie pewnego rodzaju szczęście, a nasze życie nie jest jednolite, szare i nudne.
Stwarzajcie „nowe” kiedy tylko macie na to ochotę, a ja zawsze będę mocno trzymać kciuki, aby udało się wam spełnić swoje postanowienia, a każdy nowy czas – w tym nowy nadchodzący 2019 rok – były dla was czasem lepszym, pełnym pozytywnych zmian i czasem pozyskiwania nowych, cudownych wspomnień!.
Wszystkiego najlepszego i spełnienia wszelkich marzeń na nowy rok życzę wam ja, wasza Agafi ^^.

Tymczasem kawałek, który udało mi się napisać w minionych dniach (wreszcie powróciło do mnie trochę weny i ciupka czasu ^^).
Ps. Nie jestem zachwycona tym, pewnie w wolnym czasie odrobinę zmienię to co napisałam(nie chodzi o sens, ten pozostanie bez zmian, chodzi mi o czytelność i odpowiedni dobór słów i zdań), ale co tam!. Byle do przodu ^^.



"Po kilku dniach wyszła ze szpitala i wróciła do domu Wiktora, do swojego pokoju i do zwyczajnego życia. Wiktor chciał, aby odpoczęła jeszcze kilka dni w domu, ale miała dość leżenia. Nie dała się usadzić. Zamierzała wrócić do pracy. Uważała zresztą, czego nie mówiła na głos, że już dość czasu Wiktor i Halina musieli pracować za nią. Zostawiła ich z cała pracą tak nagle. Musiało być im ciężko przez ten czas. Nie zamierzała dłużej na to pozwalać. Czuła się z tym źle. Chciała wszystko nadrobić i odciążyć tamtą dwójkę. 

Wtorek, 13.09


Minęło dość czasu by Anna mogła zacząć myśleć trzeźwo o zdarzeniach sprzed kilku dni. Wciąż ciężko było pogodzić się z tym, co ukazały jej wspomnienia, ale musiała zacząć przyzwyczajać się do tego. Zwłaszcza, że teraz czekały ją zeznania. Pierwsze już złożyła, najpierw w szpitalu, a potem oficjalnie na komendzie Marka. Teraz miała jeszcze przed sobą rozprawę w sądzie przeciw jej ojcu, któremu postawiono poważne zarzuty. Czasem nachodziły ją myśli, co poczuje, gdy go zobaczy. Czy będzie wiedziała, że to jej ojciec, czy też będzie dla niej zupełnie obcym człowiekiem. Tak, jak dotychczas, gdy o nim myślała. Jednak kiedy zagłębiała się zbytnio w takie rozmyślania, zaraz starała się je odgonić, zmienić temat w swojej własnej głowie.
Problem polegał na tym, że kiedy to robiła zaczynała myśleć o Arturze i jego zachowaniu. Wówczas narastała w niej coraz większa złość. Z początku była tak przytłoczona wracającymi, bolesnymi wspomnieniami, że nie myślała trzeźwo. Jak dawniej próbowała tłumaczyć sobie zachowanie innych i bronić ich. Przecież zawsze winna była ona. To wpajał jej ojciec przez te wszystkie lata wspólnego życia. Starała się też zrozumieć, że Artur ma poważną pracę, która wymaga od niego poświęcenia pewnych prywatnych spraw. Była w stanie zrozumieć i wybaczyć mu to, że nie pojawił się tamtego ranka i nie pojechał wraz z nią do jej rodzinnego domu. Jednak w jaki sposób miała zrozumieć i wybaczyć jego późniejsze zachowanie?. Czy naprawdę był aż tak zajęty, by nie znaleźć nawet kilku minut na telefon, albo choćby sms do niej, czy wszystko w porządku?. Wiktor również miał poważną pracę, zależało od niego zdrowie i życie innych istnień. W tym ludzi, bo przecież wielokrotnie pracował w przychodniach i szpitalach. Mimo to znalazł czas by się nią zaopiekować, był przy niej i wysłuchał w ciszy i spokoju. A on? Tłumaczyła mu, jak ważna to dla niej sprawa. Sam ciągle czepiał się jej, że niczego nie robi by odzyskać wspomnienia, zarzucał jej lenistwo i obojętność. Jakby zupełnie nie rozumiał, co to znaczy utracić życie, rodzinę i wszystko co się posiadało. Jakby zupełnie nie znał jej samej. Teraz, gdy coś poczyniła w tym temacie, gdy odzyskała część wspomnień, tak ciężkich do udźwignięcia, on zignorował to. Dla niego to zwyczajne „było minęło”. Czasami chciałaby, żeby to było takie proste, ale nie jest i nigdy nie będzie. Do tego bała się, że wraz z nowymi wspomnieniami może przyjść coś jeszcze, coś gorszego. Wtedy przechodziły ją ciarki.
Choć bardzo tego nie chciała, nie potrafiła uniknąć porównań między dwoma braćmi. Byli od siebie tak różni, pomimo podobieństw ciała i wyglądu zewnętrznego, wewnętrznie byli zupełnie jak dzień i noc. Przebywanie w domu Wiktora, a także obcowanie z innymi ludźmi w klinice czy znajomość z Markiem i podległymi mu policjantami pokazywała jej, że ludzie potrafią być dobrzy,że są w stanie dać więcej niż to, czego zaznała w przeszłości. Wszystko to pozwalało jej coraz mocniej wierzyć, że właśnie tak powinni zachowywać się ludzie. Nie jak jej ojciec, nie jak tamci podli porywacze i nie tak, jak zachowywał się Artur.
Coraz boleśniej odczuwała, że ich związek przestaje mieć jakikolwiek sens. Z czasem coraz bardziej zdawało się jej, że była dla niego tylko trofeum, kimś na pokaz przed innymi. Miała być wspaniałą, czułą i wyrozumiałą ozdobą przy jego boku. Odnosiła wrażenie, że była mu potrzebna tylko do spotkań z jego znajomymi, a także wtedy, gdy miał ciężki dzień czy spotkała go jakaś „niesprawiedliwość”, by mógł się wyżalić. Wiedział, że ona zawsze go wysłucha i będzie pocieszała „nie, to nie Twoja wina”, „Oni po prostu się mylą”, „Dasz radę, jesteś dzielny”, „Nie przejmuj się, stać Cię na dużo więcej” - te regułki znała już na pamięć. Powtarzała je średnio dwa razy w tygodniu. Nigdy się na to nie żaliła i nie przeszkadzało jej to dotychczas. W końcu wspieranie i pocieszanie innych wychodziło jej najlepiej. Łatwiej było wierzyć w dobroć i doskonałość innych, niż swoją własną. Zwłaszcza, że ona nie prezentowała sobą niczego szczególnego. Czasem miała wrażenie, że nie reprezentuje w ogóle niczego.
Teraz, gdy składała wszystkie myśli, zdarzenia i słowa w jedną całość zaczynała odczuwać niezadowolenie, ból i przeogromne zmęczenie powtarzającymi się schematami. A mimo to znów postąpiła tak samo, jak zawsze. Postanowiła dać mu jeszcze czas i szansę. Nie mogła powiedzieć, że nie czuje do niego zupełnie nic. Schlebiało jej jego zainteresowanie, była mu naprawdę wdzięczna za każdy komplement, każdy miły gest i słowo. Dotąd nikt się nią nie zachwycał, a przynajmniej nic jej nie było wiadomo na ten temat. Ale gdyby ktoś był, to chyba by jej szukał. Policja wiedziałaby, że jest ktoś do kogo mogą się zwrócić w jej sprawie. Niestety nikt taki się nie zgłosił, nikt jej nie szukał. Mało tego!, gdy policja rozpytywała o nią nikogo nie obszedł zbytnio jej los i utrata pamięci. A teraz, proszę! Tak przystojny, światowy, utalentowany i bogaty młodzieniec zainteresował się nią na tyle, by chcieć być jej partnerem, by się z nią spotykać i przedstawiać ją, jako swoją dziewczynę. Sama myśl o tym sprawiała, że uśmiechała się i czuła ciepło na sercu. Dlaczego miała z tego rezygnować?. Tak łatwo, bez walki i prób zmienienia tego co złe?. Życie nigdy nie jest proste, ani usłane różami. Aby coś w nim osiągnąć, aby poczuć szczęście trzeba dać z siebie wiele.
Nie chciała rezygnować z możliwości bycia w poważnym związku. Wmawiała sobie, że to chwilowe problemy. On musi dojrzeć, musi zrozumieć, jaki jest świat. Dotąd wszystko układało się po jego myśli. Ona mu pokaże, że w życiu czasem bywa pod górkę. Wytłumaczy mu, co to znaczy, gdy człowieka spotykają wielkie krzywdy, nauczy go walczyć o to co ważne. Pomoże mu się zmienić na lepsze. I zacznie od dzisiaj."

Pozdrawiam,
Agafi

sobota, 22 grudnia 2018

Cały rok, jak jeden dzień


Czas leci nieubłaganie, a im jesteśmy starsi tym mocniej odczuwamy jego bieg. Żadne to odkrycie, zapewne każdy z was o tym wie. Ja sama również nie zauważyłam tego dziś, lecz lata temu, jeszcze za czasów szkolnych, gdy byłam…, że tak pozwolę sobie potocznie określić tamten czas – gówniarzem ^^.
Dlaczego akurat teraz o tym piszę?. Otóż dlatego, że tak się składa iż 20 grudnia minął rok, odkąd założyłam ten blog i zamieściłam tu pierwszego posta. To zaś niesie ze sobą wiele różnych myśli. Tych dobrych, pozytywnych, ale i tych nieco gorszych, negatywnych i prowadzących do dalszych przemyśleń.
Choć nie zgromadziłam tu powalającej rzeszy fanów i nie zasypujecie mnie komentarzami (powinno mi to dać do myślenia?), to jednak jestem dumna z siebie samej, że wytrwałam i wciąż pomimo braku czasu i nadmiaru obowiązków pojawiam się, piszę i trzymam wyznaczonego celu. Nie poddaje się tak łatwo ^^. Wiem zresztą, że są osoby, które czytają moje wypociny, wywody i zmagania z myślami w moim orlim gnieździe ;).
Jasne!. Miłe komentarze budują. Gdybym choć od czasu do czasu przeczytała „dobrze prawisz”, „lubię Cię czytać”, czy choćby „jesteś spoko” byłoby to dla mnie niezwykle cenne i spowodowało uśmiech. Ale bez tego też da się żyć ;).
Bardziej jednak niż brak komentarzy i miliona odczytów martwi mnie upływający czas, a konkretnie, jak niewiele udało mi się w tym czasie pójść do przodu. Nie w życiu, nie, to nie to!. Tu uważam, że poczyniłam ogromny progres. Kursy, szkolenia, biznesplan, zdobycie dotacji i uruchomienie własnej działalności gospodarczej. Teraz nowe pomysły, nowe produkty, pierwsi klienci i ich pozytywne oceny ^^. To więcej niż mogłabym się spodziewać w tak krótkim czasie.
To wszystko jednak mocno przyhamowało moje pisanie. Oczywiście nie zrezygnowałam z żadnej mojej pasji, wciąż piszę (najczęściej po kątach – w poczekalni do lekarza, w autobusie jadąc na spotkanie z rodziną, przyjaciółmi – układanie w głowie planów, rozmów postaci, ich wygląd, ubiór, analiza każdego pojedynczego słowa i gestu). Mimo wszystko z pewnością sami zauważyliście, że rzadziej niż dawniej dodaję pod postem kolejną część swojej powieści. Mam jej dalszy ciąg, jednak w trakcie tworzenia doszłam do wniosku, że potrzeba uzupełnić ją pomiędzy „rozdziałami” i tu niestety utknęłam z powodu braku czasu, a raczej braku sił. Tu obietnica na nowy rok – Poprawię się!!. Będzie nie tylko ciąg dalszy, ale i coś innego, nowego. A może uda mi się zaskoczyć samą siebie i również w tej dziedzinie odniosę jakiś sukces?. Kto wie!.
Tak czy siak. Życie za krótkie jest i zbyt nieprzewidywalne by dawać za wygraną, zmieniać się w pesymistę i opadać w dół. Nie, to nie ja. Mam zbyt wojowniczy charakter ;). Jeśli znajdzie się ktoś kto powie „Nie dasz rady/ona nie da rady”, a odpowiem wewnętrznie „Ja nie dam rady?, to pacz!!”
Od dziecka miałam w sobie coś takiego, co kazało mi sprzeciwiać się większości. Czasem to dobrze, a czasem źle. Ale im więcej osób mnie do czegoś namawiało (mam tak do dzisiaj, więc uważajcie ^^), tym bardziej ja się zapierałam. Gdy działo się coś co mnie przytłaczało i miałam dość, szybko podnosiłam się i dumnie, z podniesioną głową szłam na przód. Powtarzałam sobie, że dam radę, że udowodnię swoją siłę. Ten upór został mi do dziś i zapewne zostanie na zawsze ^^. Taki już ze mnie ciężki przypadek, hehe. Ale mąż póki co jeszcze ze mną wytrzymuje :P

No to cóż mi pozostaje?.
Obiecuję uparcie prowadzić tego bloga, poprawiać się z dnia na dzień, aby było was tu (zadowolonych czytelników) coraz więcej. Przed nowym rokiem na pewno się jeszcze odezwę, dlatego póki co...
Na nadchodzące dni życzę wam zdrowych, spokojnych i rodzinnych świąt Bożego Narodzenia, błogosławieństwa Bożego i samych wspaniałości. Niech choinka cieszy wasze oczy, rodzina cieszy serca, a prezenty od Aniołka cieszą jedno i drugie ^^.

Pozdrawiam,
Agafi

środa, 12 grudnia 2018

Praca w domu: Wieczna praca czy wieczne wolne? + bieżące sprawy ^^


Ostatnio w sklepie znajomy mówi do mnie „ Dzisiaj wolne?”, odpowiadam mu, że ja przecież pracuję w domu, a on na to „Aaaaa, to cały czas masz wolne ;)”, na co zaśmiałam się i odpowiedziałam „Albo właśnie cały czas jestem w pracy ;)”. Również się roześmiał przyznając mi rację.
Praca w domu, to z pewnością coś, do czego nie każdy się nadaje. To praca, która wymaga od nas dużej samodyscypliny i dobrego gospodarowania czasem – zwłaszcza, gdy ma się dodatkowo dziecko/dzieci. A jeszcze jak to dzieciątko, czy jedno z nich jeszcze przebywa z mamą, tatą w domu, to dopiero jest wesoło ^^.
Apropos, przypomniało mi się, jak kiedyś pewien ksiądz powiedział do mnie „Pani to ma dobrze, wróci pani po pracy do domu i ma wolne”. Moja reakcja?… O_o. Odpowiedź była prosta „proszę księdza, ja mam w domu dzieci. To jest praca 24 h na dobę”. Każda mama powinna teraz powiedzieć „Amen”, co nie? ^^.
Osoby, które siedzą w domu z dziećmi wiedza, jak to jest zajmować się malcem, uczyć się ze starszymi i obsługiwać cały dom (sprzątać, gotować, prać, pracować, robić zakupy itp.). Zaś Ci, którzy pracują w różnego rodzaju biurach, firmach, agencjach itd. wiedza doskonale, jak to jest gry macie nawał pracy, papierów, rzeczy do zrobienia/wyprodukowania, do tego odbieracie telefony, email'e i sami również takowe wykonujecie/wysyłacie.
A teraz wyobraźcie sobie połączenie tego wszystkiego razem. Gdy macie coś do zrobienia, przygotowania, napisania, przeczytania, załatwienia, a koło waszych nóg lata takie małe kochane stworzenie, które co rusz woła „Mamusiu”, albo ciągnie was za ubranie/rękę/nogę (do wyboru ^^), gdy pasuje w międzyczasie zrobić pranie, ugotować obiad i jeszcze pomóc dzieciom w nauce przypilnować lub choćby sprawdzić zadania domowe. Oj, wesoło jest, wesoło, nie ma co ^^.

Zatem biorąc pod uwagę powyższe przychylam się raczej do sformułowania, że praca w domu, to jednak „wieczna praca”.

Jak to wygląda u mnie w chwili obecnej?.
Jestem po nieprzespanej nocy i porannej wizycie u lekarza, gdyż moja najmniejsza latorośl ma początki zapalenia oskrzeli... _-_ Najstarszy ma kolorowy zawrót głowy w szkole, bo w tym roku ferie mamy jako pierwsi w związku z czym już najpóźniej po świętach muszą mieć wystawione oceny. Co to oznacza?, kto nie ma dziecka w wieku szkolnym, niech wie, że to oznacza nic innego, jak zestawienie wszelkich sprawdzianów, kartkówek, prac i pytania w masakrycznej kumulacji ^^. Średnia tez ma kilka zaliczeń, choć to 1 klasa dopiero, ale jakoś dajemy radę.
Chwilę temu, gdy najmłodsze miała popołudniową drzemkę siedziałam z kubkiem gorącej czekolady z mlekiem, przygotowując regulamin i politykę prywatności na moją stronę internetową oraz dokonując na wspomnianej (stronie www) kilku zmian dla lepszej obsługi i czytelności ^^. Przede mną zaś piętrzą się przyszykowane do zszycia (wycięte z materiału szablony, otoczone szpilkami wraz z tasiemkami we właściwym miejscu) ozdoby choinkowe hand made, które miałam uszyć w weekend, a zastała mnie już środa… _-_
Żeby nie było, 7 sztuk już zszyłam, z czego 2 wymagały dużo pracy, bo są w kształcie pomykającego renifera ^^.
Dlaczego nie wykonałam pracy tak, jak to planowałam w weekend?. Bo po pierwsze syn miał masę nauki i innych spraw, po drugie w domu też było trochę do roboty, a po trzecie przygotowywaliśmy jeszcze z dziećmi ozdoby na konkurs plastyczny w szkole (tzn. syn i córka robili, a mama monitorowała i wspomagała w razie potrzeby ^^). No i trzeba było jeszcze zagospodarować czas dla rodziny. Staramy się co najmniej co kilka tygodni spędzać czas razem grając wspólnie w gry planszowe, bawiąc się lub robiąc seans firmowy ^^. W najbliższy weekend coroczna akcja „pierniczenia”, czyli robimy, wycinamy, pieczemy i zdobimy pierniczki świąteczne ^^(już chyba o tym pisałam na tym blogu?).

Tu poniżej zdjęcia wytworów pierworodnego(bombka) i drugorodnej(?)(choinka) na konkurs Bożonarodzeniowy ^^


To potraciłam czas na pisanie (bez urazy, bo zawsze chętnie coś dla was skrobię ^^), a teraz pora wrócić do szycia. Niestety ozdoby, które leżą przed moim nosem same się nie zszyją i nie wypełnią ^^’. Pochwalę się przy następnej okazji, albo zaglądajcie na moją stronę, gdzie was serdecznie zapraszam, a nuż coś wam wpadnie w oko i zechcecie zamówić jakiś drobiazg większy lub mniejszy ^^ – pracownia-artystyczna-agafi.pl

Pozdrawiam,
Agafi

sobota, 8 grudnia 2018

Pedagog kontra rodzic/ Rodzic kontra pedagog oraz krótki kurs zachowania twarzy ^^



Witajcie moi mili.


Uwaga!! - poniższy tekst może być ciężki do ogarnięcia, bo piszę o tym, co mnie boli, bez pisania o co chodzi :P (to mi wybaczcie) – dodatkowo dodaję w trakcie krótki kurs „Jak zachować się w trakcie załatwiania trudnych spraw/rozmów i przy tym nie stracić twarzy oraz nie pogorszyć sytuacji”, ufff… długi tytuł mi wyszedł ^^
Mimo wszystko, życzę miłej lektury ^^

Jeśli mam być szczera, to na pewno nie brak tematów do pisania. Jest to spowodowane raczej usilnymi moimi staraniami, aby czegoś NIE napisać, a to w obawie o zaszkodzenie komuś innemu lub też moim bliskim. Aczkolwiek niektóre sprawy, to aż we mnie wrzą i uwierzcie mi, jeszcze jeden „taki” wyskok, który mnie (matkę i pedagoga) doprowadza do stanu „nóż się sam w kieszeni otwiera” i chyba nie wytrzymam. ( Nie żebym sprawę zostawiła samej sobie, co to, to nie!).

Pamiętajcie drodzy rodzice!. Nigdy nie pozwólcie na to, aby kiedykolwiek doszło do sytuacji, że nie obronicie swoich dzieci, w obawie o ich bezpieczeństwo!!.
Paradoks?. Tak, ale niestety jakże prawdziwy!.
(Oczywiście nie nawołuję do buntów, ani też nie mam na myśli rodziców, którzy są ponad miarę roszczeniowi i problemowi… tego też nie róbcie, to naprawdę zbędne :/. Nie każdy nauczyciel/ wychowawca czy pedagog jest waszym wrogiem… litości…)

Ja postanowiłam przerwać ten proceder. Ja osoba spokojna, opanowana i wyważona. Osoba, która daleka jest od wszczynania awantur i niepotrzebnego zamieszania.
Wiele jest rzeczy, których szczerze nienawidzę: nietolerancji, braku empatii, niesprawiedliwości, fałszywych ludzi, zdrady… Jedną z takich rzeczy są również niewyjaśnione sprawy i niewłaściwe/złe zrozumienie drugiego człowieka. Dlatego załatwiając nawet najpoważniejsze sprawy zawsze staram się panować nad swoimi emocjami i szczegółowo wyjaśniać, co mam na myśli i do czego zmierzam w swoich wywodach czy czynach. - w rytm hasła, że „Odpowiadam tylko za swoje słowa, a nie za to, jak ktoś je zrozumiał czy jak je przekazał dalej”. Coś w tym jest i błahostkami się w ogóle nie przejmuję. Jednak w tym wypadku, w przypadkach spraw ważnych/pilnych/szkodliwych, uważam, że należy jednak za wszelką cenę wyjaśnić każde swoje słowo, jak najlepiej się potrafi.
To już nie chodzi o to, aby się bronić (broń Boże!!, przed czym, skoro to my jesteśmy ofiarami?), ale o to, aby nie pogarszać i tak trudnej sytuacji.
Wiem, że nie macie pojęcia o czym mówię… ale uwierzcie mi tak będzie lepiej. Zresztą to dotyczy wszystkiego. Nieporozumień w rodzinie i wśród przyjaciół, w miejscu pracy, szkole, przedszkolu itp. Czyli wszędzie tam, gdzie to ważne, by się jakoś dogadać.
W końcu każdemu z nas zależy na tym, aby pokazać, że jest się rozsądnym i inteligentnym, nie?. Więc dlaczego nie wykorzystać do tego umiejętności i technik negocjacyjnych?.
Dlatego nie wparowujemy do biura, pokoju, sali, sklepu czy gdziekolwiek tam jesteśmy z tak zwaną „mordą”, ale grzecznie i uprzejmie „Dzień dobry, czy mogę zająć chwilkę”. Potem owszem warto wspomniec o tym, że dana sytuacja, zdarzenie czy czyjeś słowa lub czyny nas dotknęły/były nie na miejscu/zdenerwowały nas/ są niedopuszczalne/ zaniepokoiły nas itp. w zależności od sytuacji i nasilenia naszego stanu czy czynu innej osoby.
Następnie najlepiej krok po kroku, dokładnie i przemyślanie nakreślić sytuację, wyjaśnić co się zdarzyło, co usłyszeliśmy. Jeśli usłyszeliśmy to z ust innej osoby nie musimy „wydawać jej”, wystarczy wspomnieć, że świadek jest, ale z pewnych względów nie będziecie wymieniać o kogo chodzi lub, że ta osoba życzy sobie pozostać anonimowa (bywa różnie, każdy ma do tego prawo).
Warto w czasie rozmowy dodawać/opisywać swoje odczucia, obawy, a nawet lekkie niezadowolenie z powodu sytuacji/czynu/słów itp.
Nawet jeśli jesteśmy wzburzeni, warto starać się nad sobą zapanować i nie wszczynać awantur. Zobaczycie, że wasz rozmówca doceni to i również odwzajemni się tym samy, a często nawet zechce was uspokoić. Oczywiście, czasem jest to w jego interesie, nie czarujmy się!, ale czy nam to szkodzi, że ktoś nas „pogłaska”?. Jeśli wiemy po co przyszliśmy, z czym i wiemy, że nie „zapomnimy”, a dodatkowo teraz będziemy czujniejsi, to nie ma w tym nic złego.
Nie możemy natomiast pozwolić na to, aby nas zagadano i sprawa zostanie tak rozwiązana, że w ogóle nikt się nią nie zajmie.
Pamiętajmy również, że przemoc rodzi przemoc, stres rodzi stres, a wkurzony człowiek stwarza kolejnego wkurzonego człowieka ^^.

Ostatnio zwyczajnie naszła mnie myśl „DOŚĆ!!”, a nazbierało się tego wszystkiego i powiedziałam sobie, że tak być nie może. Pewnym osobom nie można pozwolić na wszystko, tylko dlatego, że wydaje się im, iż są „wyżej” i mogą „więcej”. A jeszcze, jak robi coś takiego osoba, która ma nadane miano „nauczyciela”… - przypominam, że już od wielu lat istnieje obowiązek posiadania przez nauczycieli, również przedmiotowych, wykształcenia i przygotowania pedagogicznego.
Dlatego w takich chwilach pytam się… „TO MA BYĆ PEDAGOG?!”. Czasami mam wrażenie, że to kpina…
Z całym szacunkiem dla pedagogów i nauczycieli wszelkiego rodzaju począwszy od żłobków, poprzez przedszkola, szkoły, licea, aż po studia. Również jestem jedną z was, nawet jeśli w tym momencie nie czynna zawodowo. Wiem, jak ciężko bywa i jak różni potrafią być rodzice. Wiem też, że wielu rodziców uważa, że ich dzieci są święte i nikt nie ma prawa powiedzieć na nie złego słowa, oraz, że czasem można stracić cierpliwość, bo dzieci choć niczemu nie winne (winne wychowanie, środowisko, geny i inne) i kochane, to czasem potrafią nieźle zaleźć za skórę. Zwłaszcza młodzież, która wchodzi w okres dojrzewania (swoja drogą mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach następuje to szybciej :P). Jednak są rzeczy, których nauczycielom, wychowawcom i pedagogom robić po prostu NIE WOLNO!!. Choćby nie wiem, jak miał zły dzień i jak kogoś nie lubił (a o tym za chwilę), trzeba się czasem ugryźć w język, zamknąć oczy, policzyć do 5 – 10-15, a nawet do 100!, ale nie pozwolić sobie na to, aby zrobić czy powiedzieć coś niestosownego.
Nauczyciele/wychowawcy/pedagodzy powinni być podwójnie czujni i baczyć na swoje zachowania, czyny i słowa z racji wykonywanego zawodu.
Uwierzcie mi wiele rzeczy w życiu widziałam, miałam styczność z różnymi przypadkami (dzieci z rodzin patologicznych, dzieci trudne, nad zdolne, z dysfunkcjami – autyzm, nadpobudliwość, ADHD, głuchota wrodzona, itp.), ale nigdy nie pozwoliłam sobie na to, aby wyładować swoją złość na dzieciach czy o zgrozo, co słyszałam na własne uszy… obraźliwie o nich mówić. Tak, tak! Wyobraźcie sobie „pedagoga”, który w rozmowie z innymi pedagogami określił dzieci mianem „debili”… Oczy rozwarły mi się do maksymalnej wielkości… To było lata temu, a mimo to nadal mnie mierzi.
Należy również pamiętać, że nie wszyscy są tacy sami i nie można wrzucić każdego do tak zwanego „jednego wora” - tego chyba nienawidzę najbardziej…
Ludzie zapominają, że dzieci to tylko dzieci – czasem rozrabiają, czasem zrobią coś nie zdając sobie sprawy z tego, czasami dadzą się ponieść rówieśnikom i innym kolegom/koleżankom, a czasem zwyczajnie są w złym miejscu o złym czasie i obrywają rykoszetem.
Ludzie zapominają również, że nie każdy rodzic jest roszczeniowym, który nic nie robi i tylko ma pretensje… Nie każdy pozwala dziecku na „wszystko” lub „wiele za wiele”, nie każdy stosuje „bezstresowe wychowanie” - czyli żadne… Jest wielu takich, którym naprawdę zależy i którzy mają i przestrzegają zasad oraz wyciągają wnioski i stosują odpowiednie do sytuacji upomnienia i kary.
Jeśli rodzic pyta co rusz „jak zachowuje się jego dziecko”, jeśli mówi, że zależy mu, aby zachowywało się ono w szkole tak samo, jak się go tego uczy/wymaga od niego i jak zachowuje się w domu”, to chyba jasny sygnał, że dziecko nie jest pozostawione samo sobie. (No chyba, że ktoś sobie gada, żeby pogadać i oszukać innych, ale to łatwo zauważyć po zachowaniu tegoż osobnika, jak i jego dzieci).

A teraz wracam na chwilę do „lubienia/nielubienia”. Tak sobie pomyślałam ostatnio w związku z zaistniałą sytuacją i przemyśleniami możliwych „konsekwencji”… Ktoś może mnie nie lubić lub mieć do mnie, jakieś „ale”, jednak to w żaden sposób nie może wpływać na stosunek tego kogoś do mojego dziecka!. To z pewnością nie jest w żadnej mierze pedagogiczne…

Zatem podsumowując:
1. Pewne zachowania są dla mnie niedopuszczalne zarówno jako dla rodzica, jak i pedagoga.
2. Nie można dopuścić do tego, aby dana grupa była guru świata niezależnie od tego czy są to nauczyciele czy rodzice!
3. W każdej sytuacji należy zachować zdrowy rozsądek, godność oraz zasady savoir vivre’u.
4, Sprawdźmy po jakimś czasie, czy sprawa została rozwiązana.

No!. Wywnętrzyłam się ^^. Ale mam nadzieje, że te moje wywody pomogą również wam, niezależnie od tego po której stronie stoicie.
Zarówno zawód nauczyciela, jak i rodzica nie jest sprawą łatwą, ani prostą i wyłącznie przyjemną. Mało tego te dwie strony powinny maksymalnie starać się rozumieć i wspierać, dla dobra dziecka.
Przedszkole/szkoła (żłobek również)to miejsca, które nie zastępują domu rodzinnego, ale wspomagają go w jego pracy!. Tak być powinno zawsze. Ani rodzice nie mogą zwalić wszystkiego na szkołę, ani szkoła na rodziców. Jeśli zaistnieje problem, to obie strony powinny współdziałać i wspierać się, aby ten problem pokonać.
Niestety w naszym społeczeństwie, a w sumie to na całym świecie to nie funkcjonuje jak powinno. Obie strony obwiniają się nawzajem lub mają pretensje, że druga strona nie robi nic…
Przykre to i niestety w wielu przypadkach prawdziwe… ale warto pamiętać, że są też tacy, którzy starają się, bo im zależy. To powinno nas motywować do działania. Kto ma zmienić świat na lepsze, jeśli nie my sami? ^^.
Trzymajcie się mocno i zdrowo!!.
Do następnego już wkrótce ^^

Pozdrawiam,
Agafi

środa, 28 listopada 2018

Idzie zima ^^


27 listopada, wtorek.
Nastał poranek. Strasznie ciężko było mi wstać i choć nie spałam już od dłuższego czasu, to odwlekałam wstawanie i wychodzenie spod ciepłej kołdry na tyle, żeby mój organizm odzyskał właściwą temperaturę po nocnym(sennym) odchłodzeniu.
Uwierzcie mi… miałam ochotę odwlekać to w nieskończoność…
Wstałam, umyłam się i ubrałam. Zrobiłam szkolne śniadania dla starszych i przyszykowałam poranne jedzonko dla całej trójcy.
Obudziłam towarzystwo, zagoniłam córcię do jedzenia (bo zajmuje jej to zawsze kupę czasu) i zajęłam się szykowaniem ubrań. Z kuchni dochodzi mnie krzyk „Mamusiu! Widziałaś ile jest śniegu?!”. - odpowiadam, że tak, widziałam. A w głowie kłębią się myśli:
Gdzie te czasy, kiedy człowiek tak radośnie witał śnieg, gdy z niecierpliwością oczekiwał tego białego puchu. Mój mąż zapewne rano przeklął kilka razy pod nosem odśnieżając samochód…
Od razu przypomniał mi się żart o domku w Karkonoszach (dużo tam przekleństw, ale odzwierciedla uroki zimy ^^, więc jeśli kogoś to zainteresuje, to można go posłuchać na youtube).

Poranek był dzisiaj dość ciężki, dużo rzeczy do pamiętania, trzeba było sporo spraw załatwić i przypilnować, żeby nikt niczego nie zapomniał. Kiedy już wszystko ogarnęłam, odstawiłam dzieciaki do szkoły i załatwiłam co miałam załatwić (wstawiłam pranie, nakarmiłam i ubrałam najmłodszą, zjadłam śniadanie, wykonałam telefon - który miałam wykonać wczoraj… @_@ - załatwiłam kilka innych spraw, słuchając radia naszła mnie kolejna myśl:
W sumie, to ja też nadal lubię ten biały puch ^^. I dotarło do mnie, że właśnie kończy się listopad, zaraz grudzień, Mikołajki i potem Święta!. Niezmiennie kocham ten czas, a taki śnieg i dobra muzyka tylko nastrajają mnie pozytywnie ^^. Od razu zaczynam tańczyć z najmłodszą latoroślą, wygłupiać się i myśleć o przyjemnościach: choinka, ubieranie jej, pieczenie pierników z dzieciakami, kupowanie prezentów, niespodzianki i zadowolone miny na twarzach moich ukochanych – męża i dzieci ^^.
Trzeba pomyśleć co im sprawić w tym roku :P.

Choć nie ma go powalającej ilości, to jednak śnieg wciąż leży i sprawia radość, mam nadzieję, że nie tylko dzieciom i mnie ^^.
Tymczasem pora skorzystać z tego, że malutka poszła na drzemkę, a reszta jeszcze w szkole i trochę popracować.

Życzę udanego dnia! :)

Pozdrawiam,
Agafi

poniedziałek, 26 listopada 2018

Zapracowana, ale szczęśliwa ^^


Uruchomiłam działalność gospodarczą. Radość, euforia, pozytywne nastawienie i pewność siebie – te odczucia towarzyszyły mi od samego początku (towarzyszą oczywiście nadal ^^). Żeby jednak nie było mi za różowo, na samym wstępie się rozchorowałam _-_.
Do tego powyższego, jeśli wcześniej wydawało mi się , że cierpię na chroniczny brak czasu, to ostatnie dwa miesiące pokazały mi, że może być gorzej… Jednak nie poddaje się i w sumie od jakichś dwóch tygodni jest już lepiej. Powoli wyrabiam się z łączeniem obowiązków domowych, szkolnych [dzieci, zadania, nauka + bycie wielką trójcą klasową ;) ], opieką nad niespełna dwuletnią rozrabiającą i nad inteligentną dziecinką oraz obowiązków powiązanych z prowadzeniem własnej firmy (w tym również próbach usilnych rozreklamowania się i znalezienia klientów).

Wiem, że wcześniej trochę ukrywałam się z tym, czym zajmować zamierza się moja firma (to tak, żeby niczego nie zapeszyć), ale teraz już nie muszę ^^ i serdecznie zapraszam was na moją stronę :) : www.pracownia-artystyczna-agafi.pl
Zatem Pracownia Artystyczna „Agafi art & foto”, to miejsce, gdzie powstają cudowne artykuły hand made – ręczna robota ^^- z przeznaczeniem dla dzieci i nie tylko ;). Oferuję również sesje fotografii dziecięcej w szerokim zakresie.




Dodatkowo, aby podnieść swoje kwalifikacje oraz poszerzyć zakres usług, w minioną sobotę odbyłam kurs fotografowania i filmowania w czasie sprawowania liturgii ^^, otrzymując stosowny certyfikat. Teraz czekam na wyrobienie legitymacji ^^.

I tak powiem wam, czas mija mi na wszelkich sprawach związanych z uruchomioną działalnością. Z początku była euforia kupowania ^^’, bo przecież dostałam dotację i trzeba było (jupiii!!) zakupić wszystko to co zaplanowałam w biznesplanie ^^. Jeszcze teraz czekam na komodę i stolik, które robione są na wymiar. Mam już wizytówki i ulotki, ale jeszcze w trakcie przygotowywania są banery i rollapy ^^.
Teraz głównie szyję, robię profesjonalne (a przynajmniej się staram :P) zdjęcia tego, co uszyłam oraz tworzę stronę internetową. W sumie można powiedzieć, że teraz jest już na wykończeniu. Jednak, że robię to samodzielnie i wszystko naraz, to czasu na pisanie brakuje.
Nawet nie wiem, czy mam wam co tu załączyć, żebyście w czasie oczekiwania na nowy wpis mieli co poczytać @_@. Zaraz sprawdzę na czym to ja skończyłam tutaj i co mam na kompie ^^.

Jakby ktoś z was był zainteresowany moją ofertą lub szukał uroczego prezentu z okazji Mikołajek czy pod choinkę od Aniołka, to serdecznie zapraszam do zamówień na mojej stronie internetowej lub na FB ^^.


Coś się jednak znalazło, nie wiele, ale jest :P. Miłego czytania :)

"Czwartek, 08.09.


Większość tego dnia spędziła na czytaniu. Nie chciała pozwolić umysłowi na ciągłe powroty do tego, co zdarzyło się tak dawno temu, a co dopiero teraz sobie przypomniała. To było zbyt bolesne. Wolała zająć umysł czymś innym. Była wdzięczna Wiktorowi za to, że przywiózł jej rzeczy. Czuła boleśnie, że gdyby nie jego pomoc, to miała by teraz poważne problemy.
Wśród rzeczy, które zostawił dla niej Wiktor była również jej komórka. Chwyciła za nią w pierwszej kolejności, ale nie musiała wykonywać żadnego telefonu. W skrzynce z wiadomościami czekał sms od Artura. „Wybacz, że wczoraj nie przyjechałem. Sprawy służbowe zatrzymały mnie dłużej niżbym tego sobie życzył. Wiem o wszystkim od Wiktora. Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej. Przyjadę po pracy. Kocham Cię.”. To ją uspokoiło i z niecierpliwością wyczekiwała jego przybycia. Czuła, że potrzebuje zwyczajnie się do niego przytulić. Potrzebuje opowiedzieć mu o tym wszystkim. Najbardziej ze wszystkiego potrzebowała kogoś bliskiego, kto ją zrozumie i wesprze. Powie, że to przeszłość, że da radę.
Koło godziny 18 pojawił się u niej Wiktor. Powiedział, że chciał tylko sprawdzić, jak się ma i porozmawiać z lekarzem. Uspokoił ją, że już niedługo powinni ją wypuścić do domu. Chwilę potem pojawił się również Artur. Kiedy zobaczył brata stanął niemal w drzwiach, jakby zastanawiał się czy nie powinien się wycofać. Wiktor spojrzał na niego i przeprosił Annę mówiąc, że niestety musi już iść, bo czeka na niego jeszcze robota papierkowa, którą zabrał ze sobą. Oczywiście rozumiała to i podziękowała za jego wizytę.
Gdy mężczyzna mijał Artura ten uścisnął go w geście braterskiego powitania. Nie bez powodu, widział bowiem minę Wiktora i jego gniewne, ostrzegające spojrzenie. Młodszy mężczyzna wyszeptał mu do ucha.
- Nie martw się. Będę ostrożny.
Wiktor nie był pewien, jak ma rozumieć te słowa, ale postanowił nie odzywać się w tej kwestii i nie wracać do dnia wczorajszego, licząc na rozsądek brata.
- Zaopiekuj się nią.
- Masz to, jak w banku, stary.
Młody lekarz odwrócił się raz jeszcze do dziewczyny by jej pomachać na pożegnanie, a potem odszedł w pośpiechu. Artur wszedł do sali i podszedł do Anny. Po drodze porwał białe, szpitalne krzesło po czym postawił je tyłem przy jej łóżku i usiadł na nim okrakiem.
- Jak się masz, kochanie? - zapytał obdarowując ją promiennym uśmiechem, jak gdyby nigdy nic.
- W porządku.
- Wiem, że jesteś na mnie wściekła o wczoraj, ale naprawdę nie dałem rady… - zaczął się tłumaczyć, lecz ona tylko pokręciła energicznie głową.
- Nie. Nie jestem zła. Rozumiem, że masz zobowiązania związane ze swoją pracą. Zresztą przecież dopiero rozpoczynasz swoja karierę. Musisz uważać na to co robisz. - Tłumaczyła go sama przed sobą, a on nie zamierzał jej tego wybijać z głowy. Wręcz przeciwnie. To była świetna okazja, żeby przytaknąć i wyratować się z sytuacji.
- Sama widzisz. Tak właśnie jest. W tej branży dopóki nie wypracuje się pewnej pozycji, trzeba niestety grać, jak ważniejsi zagrają. - mówił udając zmęczonego takim stanem rzeczy. - Nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak czasami jestem tym już zmęczony…
- Cieszę się, że jesteś.
- To oczywiste! - wyprostował się na krześle pokazując, że nie mógłby postąpić inaczej. - Czegoś Ci potrzeba, maleńka?
- Myślę, że nie. Liczę na to, że jutro mnie wreszcie wypuszczą do domu. Przez noc, ani dziś przez dzień nic złego się już nie wydarzyło, więc…
- No widzisz. To nic wielkiego. Zasłabłaś tylko i tyle. Zapomnij o tych głupstwach, lekarze zawsze przesadzają. Wiem, bo sam mam lekarza w rodzinie – puścił do niej oko.
W pierwszym momencie popatrzyła na niego zszokowana. Czy na pewno Wiktor o wszystkim mu powiedział?. Bagatelizuje to, co się z nią działo czy zwyczajnie tego nie zrozumiał?. Wczoraj nawet jej nikt niczego nie mówił, ale dzisiaj na spokojnie mogła już przeprowadzić rozmowę z lekarzem prowadzącym. Wyjaśnił jej, że choć teraz wszystko jest dobrze, to będzie musiała uważać na siebie i obserwować swoje ciało. Istnieje bowiem ryzyko, że ataki hiperwentylacji będą się powtarzały. Wówczas będzie trzeba zrobić szereg specjalistycznych badań, aby wykluczyć powstanie ewentualnych chorób serca. Na chwilę obecną badania wypadły dobrze, jednak fakt, że w ciągu jednego dnia dwa razy miała atak i to, że jest szczególnie narażona na takie stany ze względu na powracające wspomnienia, sprawia, że muszą być szczególnie czujni.
Miała oczywiście ogromną nadzieję, że to tylko zwykły przypadek i więcej się to nie powtórzy, ale zachowanie lekarzy, pielęgniarek i Wiktora nie wskazywały na to, że to „głupstwa”, jak określił to Artur.
- Wiesz… to było straszne… to co wczoraj…
- To po co do tego wracasz? - przerwał jej ze złością w głosie – Użalanie się nad sobą nic Ci nie da. Powinnaś cieszyć się, że odzyskałaś pamięć. Teraz będzie już tylko lepiej.
- Artur… ja nie odzyskałam pamięci. Jedynie fragment wspomnień. Na dodatek to…
- Dobre i to. Daj już spokój i przestań do tego wracać. Co było, to minęło. Teraz jestem ja, tak?. Zaopiekuje się Tobą. Zobaczysz, że będziesz szczęśliwa.
Uśmiechnęła się na te ostatnie jego słowa. Może miał trochę racji?. Może powinna zwyczajnie o tym „zapomnieć”. Choć przyznawała w myślach, że głupio to brzmi biorąc pod uwagę, że dopiero co sobie przypomniała. On też zachowywał się niekonsekwentnie do swoich słów. Sam przecież zarzucał jej, że nie chce sobie przypomnieć przeszłości. Teraz zaś karze jej zapomnieć o tym, co było. Nie rozumiała tego, ale była zbyt zmęczona by zaprzątać sobie tym głowę w tej chwili. Była zmęczona dręczącymi ją myślami i próbami wytłumaczenia pewnych spraw Arturowi. Chciała się jakoś od tego odciąć. Naszła ją pewna myśl. Najważniejsze, że teraz tu był i mimo wszystko wspierał ją. Na swój własny, lekko pokręcony sposób. Bardzo tego potrzebowała. Potrzebowała bliskości drugiej osoby, takiej którą darzyła uczuciem i która to uczucie odwzajemnia. Miała jego."

Pozdrawiam,
Agafi