niedziela, 28 kwietnia 2019

Z przeprosinami za nieobecność

Uwierzcie mi, że w głowie mam mnóstwo pomysłów i codziennie układam sobie jakiś tekst na nowy post dla was, ale żywcem brakuje mi czasu, żeby to wszystko jakoś ogarnąć, zwłaszcza, że ostatnio założyłam również vloga na YouTube😱😱😱😱 (dla chętnych) ---> https://www.youtube.com/channel/UCFuOJSWrZ7GBKa8yv8tvyZw

Obowiązki żony, matki i pani domu, właściciela firmy i pozostałe dobra (dobra, dobra... ;)) powodują, że człowiek naprawdę chciałby mieć nadprzyrodzone moce, albo umiejętność wydłużenia doby i co najmniej parę godzin... Dlatego wybaczcie mi ten "niebyt" tutaj.


Aby wam to jakoś wynagrodzić, choć w małym stopniu dodaję kolejny kawałek tekstu ^^.


"Kolejne dni, a nawet tygodnie pokazały jednak, że jej chęć zrozumienia i wiara w zmianę Artura, to tylko pobożne życzenia, które nie są do spełnienia w żaden sposób. Wielokrotnie próbowała z nim rozmawiać na poważne tematy, także o swojej przeszłości, o amnezji i tym, co miało związek z jej zachowaniem oraz uczuciami. Próbowała wywiedzieć się, jakie są jego odczucia w tym temacie, co uważa i czy zechce ją wesprzeć. Jednak to dało tylko tyle, że coraz częściej ją ranił, czasem nawet dochodziło do kłótni. Z początku czuła się z tym źle i nawet winiła, ale szybko zrozumiała, że te kłótnie wszczynał zawsze on. Mogła z nim rozmawiać o wszystkim, szczególnie o tym, co się wiązało z nim samym, ale gdy tylko próbowała rozmawiać o swoich problemach i uczuciach szybko zmieniał temat, żartował, albo wprawiał ją w zakłopotanie. Miała tego serdecznie dość i czuła, że wzbiera się w niej coraz większa złość. Wracała do domu i miała ochotę rzucać przedmiotami. Wieczorami, gdy myślała na spokojnie o tym wszystkim, co wydarzyło się danego dnia, stwierdzała, że jest coraz gorzej, zamiast coraz lepiej. Bała się, że w końcu nie wytrzyma i wybuchnie. Tego nie chciała. Zwłaszcza, ze w ostatnim czasie, gdy zaczynała się złościć na Artura, ten sprytnie to wykorzystywał i obracał kota ogonem. Potrafił pięknie wszystko tak ubrać w słowa, żeby wychodziło na to, że wszystkim problemom między nimi winna jest ona sama, a on nie miał z tym nic wspólnego. Udawał, że w ogóle nie rozumie, o co jej chodzi i dlaczego się złości. Czasem zdarzało się mu dodać również „Nie wiem co się z Tobą dzieje!, gdzie moja Anna?”. Kiedy tak robił czuła, że czuje coraz większą złość. Wtedy nawet ona siebie nie poznawała. Czuła, że ma ochotę go uderzyć.
Gdy wracała do domu czuła nie tylko wściekłość, ale i ogromną ulgę. Tu, w swoim pokoju mogła spokojnie odreagować wyżywając się na poduszkach. Coraz częściej jednak do tego dochodziło, a to skłaniało ją do ponownego przemyślenia sytuacji i przeanalizowania uczuć.
Analiza uczuć?, to już samo w sobie daje odpowiedź na jej pytania. Nie było sensu tkwić w takim związku. Toksycznym i jednostronnym.
Przed Wiktorem starała się nigdy nie pokazywać, że coś jest nie tak. Nie chciała go też mieszać do spraw między nią, a Arturem. To byłoby nie na miejscu, w końcu był jego bratem. Na szczęście najczęściej, gdy wracała było już późno i Wiktor przebywał w swoim pokoju, więc nie widział, jak pełna furii przemyka do siebie.
Tak czy inaczej coraz bliższa była postanowieniu, że musi coś z tym zrobić, zanim będzie za późno i stanie się coś nieprzyjemnego dla całej trójki.


Sobota, 29.10.

Ta jesień była zimna i mokra, a mimo to nastrajała tak mocno, że ostatnią rzeczą, na jaką się miało ochotę, to samotne przesiadywanie w czterech ścianach. Mimo to, tego wieczoru Anna siedziała okryta kocem zaczytana w książkę. Wiktor schodził właśnie z góry kierując się do kuchni po kawę, gdy odebrała telefon. Z początku, gdy dzwonek się odezwał niechętnie spojrzała na urządzenie, po czym wyraźnie niezadowolona wzięła go do ręki przymykając książkę. Mężczyzna uważnie przyglądał się jej reakcjom. Nie zamierzał podsłuchiwać, ale najwyraźniej Anna nie miała nic przeciw świadkom, bo mówiła głośno i nie przejmowała się jego obecnością. Nasłuchiwał nie tyle jej słów, co tonu głosu.
- Witaj... Nie ... Nie mam ochoty ... Daj spokój, idź sam ... Artur, nie! - przez chwilę siedziała w milczeniu, słuchała jego brata unosząc oczy do sufitu – Zrozum. Źle się czuję ,wolę zostać dziś w domu – skłamała – Tak wzięłam już coś na przeziębienie … Dobrze … Pa.
Odłożyła telefon lekko rozzłoszczona i z rozmachem otworzyła książkę na stronie, którą przytrzymywała palcem.
- Mój brat znów narozrabiał? - stał teraz naprzeciw niej i przyglądał się jej uważnie.
- Nie, po prostu nie mam ochoty na spotkanie z nim. - rzuciła szybko, jednak zaraz spostrzegła, że Wiktor uniósł brew z niedowierzaniem i swobodnie przysiada na drugim końcu kanapy. Westchnęła głośno i ciężko widząc, jak na nią patrzył. Na tyle już go znała, żeby wiedzieć, że łatwo nie odpuści. Czekałby aż zacznie do niego mówić lub, aż jasno dałaby mu do zrozumienia, że to nie jego sprawa. Tego zrobić nie mogła. Po pierwsze nie zasługiwał na to, po tym wszystkim co dla niej uczynił. Po drugie dlatego, że chodziło o jego brata. Postanowiła opanować wzburzenie i po prostu porozmawiać z Wiktorem o tym, co ją gryzie. - Po prostu czuję, że to nie jest to. Nie tego pragnę... Wiem, że muszę mu o tym w końcu powiedzieć, ale najpierw chcę sama to dobrze przemyśleć, zastanowić się co dokładnie mu powiedzieć.
- Wydawało mi się, że jest Ci z nim dobrze.
- Nie zrozum mnie źle. Twój brat jest naprawdę uroczy, romantyczny i zabawny, ale nie wyobrażam sobie życia z nim na dłuższą metę.
- Jesteś pewna?
- Tak. Z całym szacunkiem Wiktorze, ale Artur to bardziej materiał na kumpla, niż partnera na dobre i złe – bardzo dziwnie się czuła rozmawiając o tym właśnie z nim. - Potrzebuję oparcia, kogoś statecznego, kto poważnie patrzy na świat, a nie ciągle tylko się bawi, odtrąca problemy na bok udając, że ich w ogóle nie ma i wszystko obraca w żart.
Wiktor uśmiechnął się, lekko zauważalnie. Schowała oczy w książce zawstydzona, a przez głowę przebiegła jej tylko jedna myśl, a serce zaczęło bić mocniej – Boże... mam nadzieję, że nie pomyślał iż mówię o nim!.- Gdy znów podniosła wzrok, zauważyła, że jego uśmiech zniknął. Patrzył w przestrzeń takim wzrokiem, że nie bardzo wiedziała, jak to rozumieć. Był jakby delikatnie przygnębiony.
- Znam swojego brata. Choć ukrywa wszystko pod uśmiechem i czasem zachowuje się dziecinnie, wiem że zależy mu na Tobie. Łatwo nie odpuści. Myślę, że dla Ciebie jest gotów się z czasem zmienić. Tak naprawdę.
- To miłe, ale nie chcę tego. Schlebia mi jego zainteresowanie moją osobą, ale to naprawdę nie ma szans przetrwać. Pierwsze zauroczenie minęło. Pozostał już tylko gorzki niesmak.
- Będzie próbował rozbroić Cię pięknymi słowami i uśmiechem.
- To nic nie da.
- Później nadejdą obietnice i błagania – zerknął na nią, tylko pokręciła przecząco głową – Będzie się zaklinał na wszystko, że zmieni się dla Ciebie na lepsze, co wtedy?
- Co chcesz osiągnąć mówiąc mi to wszystko? - zapytała lekko zniecierpliwiona.
- Po prostu wiem, jak będzie. Przypuszczam, że się złamiesz pod jego urokiem i dasz mu kolejną szansę.
- Na pewno nie. Już dość widziałam. Pora dać sobie szansę na coś innego, nowego – mówiła nie patrząc na niego w obawie, że odgadnie jej stan, którego sama do końca nie pojmowała. W końcu postanowiła przerwać tę niezręczną dla niej rozmowę. - Czy mogę już wrócić do czytania?
- Jasne. Wybacz, że wytrąciłem Cię ze skupienia. Wydawało mi się, że potrzebujesz rozmowy.
Wstał i ruszył w stronę kuchni. Patrzyła jakiś czas w ślad za nim. Miał rację, potrzebowała tego. Ta rozmowa rozluźniła ją, ustaliła jasny cel, ale dała też wiele do myślenia. Wiktor doskonale opisał sposób działania Artura i jego zachowania, gdy czegoś bardzo chciał. Niczym dziecko chwytał się każdego sposobu, by dostać wszystko czego pragnie, a gdy nie dawało to spodziewanego rezultatu szybko zmieniał taktykę działania.
Czuła, że musi naprawdę dobrze przygotować się do rozmowy, jaką planowała przeprowadzić z Arturem.

* * *

Po tamtym wieczorze kilkukrotnie była święcie przekonana, że jest już w stu procentach gotowa na spotkanie z Arturem i ostateczne rozstanie. Niestety za każdym razem niweczył jej zamiar. Gdy tylko próbowała zacząć poważną rozmowę obracał wszystko w żart i zmieniał temat zabierając ją w jakieś nowe miejsce lub też udając, że strasznie się dokądś śpieszy. Była pewna, że dobrze wiedział, co zamierzała zrobić. W końcu próbowała mu wszystko wykrzyczeć w złości, ale i to zdało się na nic. W rezultacie znów zaczęła go unikać i wymigiwała się od spotkań i wyjść.
Czas mijał niemiłosiernie sprawiając, że dziewczyna czuła coraz większą złość i frustrację w stosunku do Artura. Na myśl o nim ogarniała ją wściekłość. Wiktor widział co się dzieje, ale nie zamierzał się w to wtrącać. Tylko obserwował. To dobijało Annę jeszcze bardziej.
Gdy siadała wieczorami w swoim pokoju i zatapiała się w myślach, coraz częściej łapała się na tym, że jej myśli kierują się ku Wiktorowi. Pracowała z nim i przebywała każdego dnia, obserwowała jak zachowuje się w stosunku do innych ludzi, jak opiekuje się zwierzętami. Na myśl o nim uśmiech sam pojawiał się na jej twarzy. Zaraz potem jednak ogarniał ją smutek. Wiele dałaby teraz, żeby to on adorował ją tak, jak Artur. Marzyła by usłyszeć choć raz komplement z ust Wiktora. Jakie jednak mogła mieć u niego szanse?. Niemal każdego dnia widywała te wszystkie piękne kobiety, które krążyły w około niego i zabiegały o jego względy. Wysokie, szczupłe, zadbane i eleganckie w różnym wieku, ale wszystkie równie atrakcyjne. A on?, on nawet na nie nie spojrzał. Dlaczego więc miałby zainteresować się taką sierotą, bez własnego życia, rodziny i przeszłości... W porównaniu z tamtymi, ona była nikim. Dlaczego obdarzyła uczuciem akurat jego... akurat człowieka, który w ogóle nie interesował się kobietami. Owszem, był dla niej bardzo miły, opiekuńczy i dobry, ale trzymał się zawsze na dystans. Wiedziała, że nie powinna robić sobie złudzeń, powinna zapomnieć o jakimkolwiek uczuciu w stosunku do niego.
Jakiś czas później, z początkiem Grudnia raz jeszcze Wiktor zaczepił ją o związek z Arturem, ale wściekle uniosła się, że nie ma o czym mówić. Zaraz potem przeprosiła go za swoją reakcję. W rozmowie tej jednak zapewniła, że jej i Artura nic nie łączy i to już od dawna. Chciałaby ze wzajemnością zakochać się raz jeszcze. Choć w sumie to, co było między nią, a Arturem było raczej zwykłym zauroczeniem. Wiktor nie skomentował tego nawet słowem, ale miała dziwne wrażenie, jakby mu... ulżyło?

Środa, 14.12.

Anna umówiła się na wieczór z Arturem. Nie chciała rozmawiać z nim w domu, ale nie chciała również iść w żadne z tych jego okropnych, pełnych ludzi klubów. Umówili się, że zabierze ją w jakieś spokojne, neutralne miejsce. Nawet spodobał się mu ten pomysł. Nieświadom tego, co zamierzała zrobić dziewczyna przyszykował się na bóstwo. Zaskoczyło go to, że gdy po nią przyjechał pod dom brata była ubrana całkiem zwyczajnie. Miała na sobie ciemne jeansy, czarne kozaki i długi zielony płaszcz. Włosy upięte w kucyka, a na głowie grubą opaskę w kolorze płaszcza, która osłaniała jej uszy.
- Witaj księżniczko, pięknie wyglądasz – skomplementował ją mimo lekkiego rozczarowania.
- Dobry wieczór Arturze. Możemy już jechać?
- Jasne – gestem zaprosił ją do auta.
Artur woził się czarnym jaguarem, który zawsze wypolerowany był na błysk. Zderzaki i felgi miał w kolorze srebrnym. Widać było, że kocha to auto. Czasami miała wrażenie, że chyba bardziej niż cokolwiek i kogokolwiek innego.
Szybko dotarli do miejsca, na jakie się umówili. Mały park nieopodal domu Wiktora. Tak naprawdę mogli przejść tam pieszo. Anna chciała nawet umówić się już na miejscu, ale on uparł się, że po nią przyjedzie, by nie chodziła po nocy i na zimnie. Ten wieczór faktycznie był bardzo mroźny, ale nie zamierzała zrezygnować ze swoich planów, miała dość udawania.
W pewnym momencie przystanęła przy wielkiej fontannie na środku alejek parkowych.
- Chciałam z Tobą porozmawiać.
- Skarbie. Wiem, że ostatnio nie mam dla Ciebie zbyt wiele czasu, ale uwierz mam na głowie masę roboty, a dni krótkie teraz okrutnie.
- Nie o to chodzi...
- Ktoś Ci coś powiedział na mój temat?. Zauważyłem, że ostatnio dziwnie się zachowujesz, ale uwierz mi...
- Czy dasz mi wreszcie skończyć zdanie?! - wydarła się na niego, mając już dość – Za każdym razem jest tak samo. Ciągle coś mówisz, ciągle mi przerywasz i nie dajesz dojść do słowa. Mam dość Twojego zachowania!!
- Anno... - stał całkowicie osłupiały, to było do niej niepodobne. Ona nigdy nie traciła panowania nad sobą. Pod tym względem była zupełnie taka, jak jego brat. - Ktoś chyba wstał dzisiaj lewą nogą z łóżka – spróbował zażartować i przytulił ją od tyłu, ale tylko pogorszył sprawę.
- Kiedy wreszcie przestaniesz? Nie każdy problem da się zamienić w żart, aby wszystko było idealnie!! - westchnęła ciężko – Naprawdę musimy poważnie porozmawiać.
Nigdy jeszcze nie widział jej tak poważnej i zdeterminowanej, jak teraz. Wiedział już, że tym razem nie uda mu się uniknąć tej rozmowy, że nie ma szans na ucieczkę. W pewnym sensie bał się tej rozmowy, nie chciał jej, ponieważ przeczuwał co dziewczyna zamierza. Postanowił ostatni raz udać, że niczego nie rozumie, w nadziei, że się nad nim zlituje i odpuści i tym razem.
- Anno, naprawdę nie rozumiem Twojej złości.
Dziewczyna westchnęła ciężko. Starała się bardzo zapanować nad sobą i swoimi emocjami, choć było to bardzo trudne. Czuła z każdą chwilą coraz bardziej, jak narasta w niej irytacja.
- Już od dłuższego czasu próbuję z Tobą porozmawiać o tym, a Ty ciągle zachowujesz się tak, jakbyś umyślnie robił wszystko, aby mi na to nie pozwolić.
Mężczyzna milczał, jak nigdy, a jego mina i próby unikania jej wzroku mówiły same za siebie. Teraz była już pewna, że miała rację.
Artur myślał bardzo szybko, tak samo również przystępował do działania. Teraz ie było inaczej. Postanowił zastosować inny sposób, by ją powstrzymać.
- Skarbie, masz rację. Wiem, że masz prawo być na mnie zła. Poświęcałem zbyt wiele czasu innym. Zauważyłem, że nie przepadasz za moimi znajomymi, których Ci przedstawiłem byśmy mogli połączyć dwa w jednym. Sądziłem, że uda się byśmy spędzali wspólny czas wraz z innymi ludźmi.
- To w ogóle nie o to chodzi… - już miała kontynuować swoją wypowiedź, gdy po raz kolejny jej przerwał.
- Proszę zrozum mnie, nie mogę od tak zerwać kontaktów, które utrzymywałem przez tyle lat. Nie mogę zostawić ich tak po prostu z dnia na dzień. Mogę Ci za to obiecać, że od teraz więcej czasu poświęcę tylko Tobie.
Anna czuła, jak bardzo ta rozmowa i cała sytuacja ją męczy. Postanowiła sobie jednak, że tym razem nie odpuści i zamierzała się tego trzymać mimo wszystko.
- Arturze...Mam już tego serdecznie dość!. Nie chodzi o Twoich znajomych, ani o brak czasu, ale o Ciebie! O nas…
- Kochanie, przecież wszystko jest dobrze. Być może czasem popełniamy jakieś błędy, ale która para ich nie popełnia?.
- Od dłuższego czasu nie jest już dobrze i Ty doskonale o tym wiesz. Jeśli zaś poruszasz temat błędów, to jedyny mój błąd jest taki, że zbyt długo milczałam i pozwalałam Ci odwlekać tę rozmowę.
- Skarbie…. Przecież Cię kocham, a Ty kochasz mnie!
- Nie wydaje mi się, aby to, co do mnie czujesz można było nazwać miłością. Ja owszem byłam Tobą zauroczona, byłam może nawet przez chwilę zakochana, ale to już przeszłość.
- To jakiś głupi żart?
- Nie. Mówię całkowicie poważnie i chcę, abyś przyjął to do wiadomości.
- Ale, kochanie?!
- Im dłużej będziesz to odwlekał i udawał, że wszystko jest cudownie, tym będzie gorzej. Między nami nie ma mowy o miłości. Inna kobieta na pewno…
- Więc o to chodzi? Dowiedziałaś się o Alicji?
- O kim? - Anna patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, zupełnie zbita z tropu. Czyżby próbował kolejnej sztuczki.
- To nic takiego, stary romans bez znaczenia. Dla Ciebie w każdej chwili mogę o niej zapomnieć.
- Słucham? - patrzyła z niedowierzaniem. Miał romans za jej plecami i mówił o miłości, o związku i wspólnym czasie. Szybko pokręciła głową chcąc się otrząsnąć z szoku – Dość tego Arturze. To ostatecznie koniec. Wracam do domu, a Ty rób co chcesz, byle z dala ode mnie, rozumiesz?!

Była tak wściekła, że nie było sensu więcej próbować, przynajmniej nie teraz. Artur zrozumiał, że popełnił gafę, próbując odgadnąć jej stan. Za wszelką cenę chciał ją zatrzymać i wpakował się na minę co rusz zmieniając taktykę swojej gry. Tym razem musiał odpuścić. Anna kazała mu odwieźć się do domu i ruszyła w stronę, gdzie zaparkowany był samochód. Patrzył w krok za odchodzącą dziewczyną. Wewnątrz czuł strach i złość na siebie samego. Jeszcze nigdy nie czuł czegoś podobnego. Pierwszy raz w życiu tak zależało mu na kimś. Pierwszy raz czuł się tak podle z powodu swojego zachowania. Przez głowę przemknęła mu jeszcze jedna myśl – jeśli Anna opowie o wszystkim Wiktorowi, brat zabije go…"

Pozdrawiam,
Agafi

piątek, 22 marca 2019

Trochę o "nauczycielach" w oczach rodzica i pedagoga


W ostatnim czasie głośno o nauczycielach i ich strajku. O takich rzeczach zawsze jest głośno, niezależnie od tego kto strajkuje – lekarze, górnicy, rodzice dzieci niepełnosprawnych, teraz czas na kolejną grupę. Co poradzić, takie mamy czasy, że ludzie mają dość i się buntują.
Mnóstwo znajdzie się takich, co powiedzą, że „w du…. się ludziom poprzewracało”, „Ciągle im mało”. Może coś w tym jest, ale dotyczy to całego społeczeństwa i to tylko dlatego, że życie jest coraz droższe. Ponadto czemu się dziwić, że ludzie chcą godnie zarabiać za swoją pracę?. Zapewnić należyte warunki życia swojej rodzinie?.
Wracając do tematu. Pomimo iż nie pracuję obecnie w zawodzie i ogólnie rzecz biorąc, nie jestem typowym nauczycielem przedmiotowym, to jednak mam ogromną świadomość tego, jak to wygląda:
A. Bo uczyłam się wielu rzeczy na swoich studiach,
B. Bo robiłam praktyki w szkole,
C. Bo pracowałam w przedszkolu, jako nauczyciel,
D. Bo w swoim środowisku mam sporo pedagogów i nauczycieli różnego rodzaju (również w swojej rodzinie)
E. Mam swój rozum i oczy!.
Choć również wiem, że jest (niestety) sporo nauczycieli, którzy nie przykładają się, jak należy i nie zasługują na „zaszczyty”, ba… są nawet tacy, którzy moim zdaniem nie powinni w ogóle pracować w swoim zawodzie. Był nawet taki czas, gdzie trafiało mnie na myśl, że ja czy inna bliska mi osoba z sercem na dłoni i ogromem energii do pracy z dziećmi, nie miałyśmy pracy (bo było brak etatów), a jeden z drugim nieodpowiedni miał ciepły stołeczek, bo pracuje już lata lub ma znajomości/rodzinę w danej placówce, choć się do tego kompletnie nie nadaje. Ale cóż, trzeba było się zwyczajnie z tym pogodzić. Choć boli patrzeć na dzieci, które marnują się pod „skrzydłami” kogoś, kto nie ma do tego serca, odpowiedniego podejścia i ogólnie rzecz biorąc ma gdzieś swoją pracę i obowiązki, jakie powinien sprawować. Nie raz się na to natknęłam i nadal natykam.
Jednak wiem też doskonale o tym, że jest również cała masa nauczycieli i pedagogów, którzy kochają swoją pracę i wkładają w nią i tylko wiele energii i pracy, ale nawet WŁASNYCH PIENIĘDZY. Tak, tak! Dobrze czytacie. Znam szkołę, gdzie nauczycielki w klasach 1-3 z własnych pieniędzy kupują małe nagrody co miesiąc, aby zachęcić i wyćwiczyć w dzieciach chęć do czytania. Są to drobiazgi, jakieś kolorowe gumki w ciekawych kształtach, kredki, flamastry itp. (jednak jak się zliczy te „drobiazgi” razy ilość dzieci w klasie razy 10 miesięcy szkoły, to jednak trochę jest).
Ktoś zapyta z oburzeniem „dlaczego z własnych pieniędzy?”, a no dlatego, że szkoły na to nie stać. Szkoła moi drodzy nie ma na takie rzeczy finansów. I to nie wina szkoły, a ogólnych finansów przekazywanych odgórnie przez Gminę, a dalej przez Państwo. Należę do rady pedagogicznej rodziców i wiem, że choć suma wydaje się być duża, to jednak Dyrekcja każdej szkoły pieniądze te musi rozdzielić na:
- pensje dla nauczycieli i pracowników szkoły,
- wydatki związane z codziennymi potrzebami (przybory, papier, tusze, itp.), zapewne również na środki czystości i inne takie,
- opłaty za prąd, ogrzewanie, gaz, woda, wywóz śmieci i nieczystości, itd.,
- remonty,
- i wiele, wiele innych.
Ktoś inny powie „No dobra, ale nauczyciel wcale tego robić nie musi, nie ma obowiązku wydawania swoich pieniędzy, kupowania nagród”. Jasne!, nie ma obowiązku. Jednak ja osobiście, jako rodzic szczerze doceniałabym takie poświęcenie. Doceniam każdy przejaw nieszablonowego wpływania na zachęcenie uczniów do nauki. Doceniam każdy przejaw doceniania pracy uczniów.
Zawsze boli mnie, gdy moje dziecko stara się, uczy, robi dodatkowe zadania i jest to przez szkołę zbywane. Owszem, często bywa, że ja sama wiele czasu poświęcam, by dzieciom pomóc i wesprzeć ich w nauce. Nie wymagam by doceniano moją pracę i mój wkład w edukację, bo jestem rodzicem i jest to mój obowiązek!! - a czasy mamy takie, i program ułożony przez osoby, które za przeproszeniem nie mają o nauczaniu pojęcia + chcą ogłupić naród, że rodzice muszą chcąc nie chcąc dzieci swoje mocno wesprzeć. Zwłaszcza na początkach ich edukacji. Ale nie o tym ;). Nie chodzi o mnie i moje poglądy, lecz o fakt, że nie docenia się ciężkiej pracy dziecka… Dlatego tym bardziej z chęcią i całym sercem wesprę nauczyciela, który stara się, by dzieci uczuły się z chęcią, wiedząc, że to zwyczajnie się opłaca.
Nie chodzi o to, by uczyć dziecko, że wszystko się mu należy, ale uczyć go, że za ciężką pracę jest nagroda. Najpierw to może być naklejka, książeczka, jakaś mała zabawka, w przyszłości będzie to dobrze zdana matura, zaliczone studia, a na koniec pensja.

Teraz czas na kilka mitów:

MIT I: Nauczycielami zostają nieroby i nieuki.

Serio?, ale…. SERIO?!.
Czy ktokolwiek z osób, które tak twierdzą był na studiach pedagogicznych choćby, albo na studiach kierunkowych przyuczających do zawodu nauczyciela j. Polskiego, j. Angielskiego, historii, biologii, geografii, matematyki, fizyki, chemii, a nawet takich „banalnych” przedmiotów, jak wf’u, plastyki, religii, techniki?. Na prawdę sądzicie, że to takie proste i przyjemne?, że ktoś kto idzie na nauczyciela matematyki czy chemii uczył się na studiach mniej niż naukowiec czy chemik, którzy tworzą nowe urządzenia, samochody, nowatorskie mieszanki (w tym zdrowsze farby itp.) czy leki?.
Ja osobiście kończyłam Pedagogikę Społeczno Opiekuńczą (przy czym na 4-5 roku dodatkowo wybierałam specjalizację – moja to Diagnoza i Poradnictwo Pedagogiczne). Na swoich studiach miałam przedmioty takie, jak: Historia wychowania (czyli przekrój, jak wyglądało nauczanie od czasów prehistorycznych niemal, przez wszystkie epoki, aż do współczesności. Uczyliśmy się o wszystkich prekursorach, znawcach edukacji, o dobrych i złych metodach nauczania), Biomedyczne podstawy rozwoju, Psychologia społeczna, Psychologia rozwoju, Pedagogika specjalna, Psychologia ogólna, Psychologia wychowania, Socjologia, Andragogika, Metodologia badań, Emisja głosu, Filozofia, nie zapominając o języku obcym ;).
I uwierzcie mi, że to nie wszystko czego się uczyłam na studiach. Należy również podkreślić fakt, że osoby uczące przedmiotów mają również sporo różnych przedmiotów łatwiejszych i trudniejszych. Na dokładkę to tego wszystkiego za czasów naszych rodziców nauczyciel kończył jedną szkołę i mógł pracować niemal wszędzie. Teraz do każdej dziedziny są osobne studia: Przedszkole i klasy I-III – Pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna, do GOPSu i MOPSu – Pedagogika socjalna, do pracy z dziećmi z niepełnosprawnościami i dysfunkcjami – Oligofrenopedagogika (i tu jeszcze zależy, jakie dysfunkcje, bo może być potrzebna nie oligo, a surdopedagogika czy tyflopedagogika.
Są nauczyciele, którzy ukończyli kilka kierunków, robili studia podyplomowe, kursy, szkolenia. Ciągle się doszkalają i rozwijają. Są nauczyciele, którzy mają nie tylko magisterkę, ale doktoraty.


MIT II: Nauczyciele pracują tylko 18 godzin w tygodniu i co 45 minut mają przerwy.

Noooo… powiem wam, że jak to usłyszałam, to nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać ;)

Pomijając fakt, że w chwili obecnej czas pracy nauczycieli przy tablicy potocznie mówiąc został zwiększony do 20 godzin, to należy pamiętać, że nauczyciel tak samo, jak każdy inny zatrudniony na umowę w przepisach ma 40 godzin pracy. Te godziny składają się również na czas pracy poza klasą (sprawdzanie prac domowych, sprawdzianów, kartkówek, zeszytów, ćwiczeń, przygotowywanie materiałów do pracy z uczniami, zebrania z rodzicami, dni otwarte, rady pedagogiczne, itp.). Jak to słyszałam od kilku już osób z tego zawodu, chętnie pracowałyby w swojej szkole 40 godzin tygodniowo gdyby:
A. Zapewniono im odpowiednie warunki pracy (nie stół jeden na 30 nauczycieli i jedna kserokopiarka),
B. Nie musieliby pracować w domu (a wierzcie mi, że czasami pracują więcej niż 40 godzin, tylko tego nie widać).

Teraz kwestia przerw. Taaa… wolne, sielanka normalnie!… Tylko zapominacie, że każda przerwa to dyżury nauczycieli dbających o bezpieczeństwo uczniów. Na pewno znajdą się tacy, co trochę to naginają lub nie wypełniają swoich obowiązków należycie (jak w każdej pracy i każdym zawodzie). Fakt jest jednak taki, że nauczyciel nie ma przerwy co 45 minut. Zazwyczaj w czasie swojej kilkugodzinnej pracy w szkole nie ma przerwy w ogóle.


MIT III: Nauczyciele mają tyle wolnego! Wszystkie weekendy, święta, ferie, wakacje.

Hm… no zapewne kilku się takich znajdzie. Ale jednak przeciętny nauczyciel W dniach, gdy każdy zwykły człowiek pracuje, a szkoła niby nie, musi zapewnić opiekę dzieciom, choćby na świetlicy, czyli musi wykazać gotowość do pracy. To nie jest tak, że całe wakacje nauczyciele mają labę. Bo w tym czasie są rady pedagogiczne i inne zajęcia (czasem poprawy egzaminów również). Nauczyciele w pierwszym i ostatnim tygodniu wakacji muszą wykazać gotowość do pracy. Do tego reszta wakacji, to ich urlop, który przysługuje im, jak każdemu innemu człowiekowi. Różnica jest taka, że ktoś kto pracuje w firmie może wziąć urlop kiedy zechce, nawet w środku roku, a nauczyciel nie. Urlop przysługuje mu jedynie w okresie wakacji letnich. No chyba, że bezpłatny :P . A w weekendy i ferie bywa, że nadrabiają zaległości w pracy, których nie zdążyli zrobić w tygodniu.
Chciałabym wam podkreślić fakt, że nauczyciele coraz bardziej zawalani są papierologią. Teraz to nie tylko ich codzienne zadania i zajęcia, wypełnianie dzienników, ale również program pracy, dokumentacja związana z egzaminami, wychowawstwem, scenariusze lekcji, i inne pierdoły (nawet mi się nie chce tego wszystkiego wymieniać). - teraz w niektórych szkołach dzienniki papierowe zostały zastąpione elektronicznymi, a w innych funkcjonują oba, a to dodaje pracy.
Mało tego, są nauczyciele i tacy, którzy w ferie pracują na wyjazdach, jako opiekuni, lub prowadzą zajęcia dodatkowe dla dzieci. Inni zaś w wakacje wyjeżdżają na obozy i kolonie lub prowadzą pół kolonie. Są i tacy, którzy biorą udział i w jednym i drugim. Dodatkowy zarobek, no tak, ale dlaczego nie?. Zresztą nie są to jakieś powalające kwoty... Mimo to należy napomnieć o tym napomknąć moim zdaniem.
Chyba nie muszę się w tym temacie bardziej rozwlekać. Jak ktoś ma wątpliwości, to niech poczyta o obowiązkach nauczycieli ;).


MIT IV: Nauczyciele przedszkoli, to mają lekko. Przecież oni tylko się bawią!

Buahahahaha!!! No inaczej nie zacznę ;D.
Tak się składa, że sama w przedszkolu pracowałam. Czytałam wiele i wiele słyszałam z różnych źródeł. Miejcie litość, bo padnę ze śmiechu…

Czy wiecie, że przeciętny 2,5 – 3 latek idący do przedszkola często nie potrafi samodzielnie jeść, ubierać się (nawet naciągnąć spodni, założyć skarpetek czy butów), a czasem nawet ma na sobie pieluchę lub jeszcze zdarza się mu zwyczajnie zapomnieć, że trzeba iść do wc.
Bywa, że te dzieci mają problemy z mówieniem, bywa, że mają jakieś dysfunkcje, które nie zostały jeszcze zdiagnozowane (bo to długa droga w wielu przypadkach). Każde z nich ma swoje własne problemy i problemiki, swoje poglądy na świat lub poglądy rodziców…
Do tego dzieci, które były pod skrzydłami mamy, babci, cioci, opiekunki nie potrafią funkcjonować w społeczeństwie w sensie szerszym, a tu nagle są „zostawione” w miejscu, gdzie na 24 dzieci są dwie panie, a w około mnóstwo tak samo zapartych, „egoistycznych” istotek, jak oni ;).
Z premedytacją słowo „egoistyczne” dałam w cudzysłów, aby źle mnie nie zrozumiano. Chodzi mi jedynie o fakt, że takie dzieci chcą wszystko dla siebie, często nie potrafią się dzielić i na dodatek są w okresie tzn „buntu 2-3 latka”. To oznacza nic innego, jak fakt, że nie tylko sprawdzają granice opiekunów i rodziców, ale również uważają, że wszystko ma być tak, jak one tego chcą ;).
Potem się okazuje, że po kilku tygodniach, w ekstremalnych warunkach po kilku miesiącach nagle te dzieci same jedzą, same się ubierają, przebierają, zaczynają mówić, ba! nawet zdania układać, dzielą się zabawkami, potrafią grzecznie mówić "proszę, dziękuję, przepraszam" - No magia, normalnie!. Cudowne dzieci, same się uczą ;). A przecież pani/ciocia w przedszkolu tylko się bawi i nic wielkiego nie robi... i nie robi nic razy dwadzieścia parę :P.

Nauczyciel przedszkola ma również program nauczania, który musi wypełnić. Również prowadzą dziennik nauczyciela, sprawdzają obecność i prowadzą zajęcia. Powodzenia zwykłemu szaremu człowiekowi w ogarnięciu dwudziestki dzieci, które chcą się bawić i zachęceniu ich do tego by usiadły na 15-20 minut w miejscu i skupiły się na nauce (zwierzątek, roślinek, warzyw, owoców, instrumentów, itp.). Z boku to wygląda super ekstra. Siedzicie sobie w kółeczku czy półkolu na dywanie i uczycie się pierdółek :). Tylko…. W praktyce, każde z tych dzieci zerka na boki, na półki i kąty, gdzie leżą zabawki, które musiało odłożyć i chciałoby do nich wrócić. Wiele z nich też chętnie podokucza koleżance i koledze z boku, albo sobie pogada o czymś innym.
Ale co tam potem trzeba te kochane stworki posadzić przy stolikach i zrobić z nimi prace plastyczne, techniczne i inne ;).
Ja miałam „szczęście” mieć dodatkowo grupę mieszaną od 2,5 roczniaka do 6 latka (w tym dzieci z dysfunkcjami i z rodzin patologicznych). To dopiero była zabawa ;).

Jedyna „przerwa” to obiad, który przerwą nie był, bo trzeba było pilnować dzieci przy jedzeniu, uspokajać, niejednokrotnie wspierać i uczyć!. Potem mycie, szykowanie do odpoczynku młodszych i prac wyciszających starszych, a także sprzątanie po obiadku.
Aha! I jeszcze codzienne spacery lub zabawa na placu zabaw ;). Oczy dookoła głowy, żeby nikomu nic się nie stało, żeby żadne dziecko Ci nie zginęło (przeliczanie co 2 minuty robaczków z upewnieniem się, czy nie policzyło się dwa razy jednego dziecka i czy największe „agenty” są w tym tłumie ;).
Ten opis to praca nauczyciela przedszkola tak w pigułce.


Teraz kilka spraw, które mi się nie podobają tak samo, jak wam:

Przede wszystkim, ja również wkurzam się, że moje dziecko ma tak wiele pracy w domu. Dużo więcej niż miałam ja w jego wieku. Wkurza mnie program, który jest niedostosowany do wieku dzieci (i nie dotyczy to tylko tych, które poszły wcześniej, ale również starszych klas). Wkurza mnie, że muszę poza pracą zawodową i obowiązku domowe robić za nauczyciela. Tylko jest pewne „ale”. Mianowicie - ale zdaję sobie sprawę z tego, że choć czasem to wina złego nauczyciela/nieumiejętnego nauczania, to w przeważającej większości winę ponosi Państwo, jako rząd, a konkretnie osoby, które nieumiejętnie zarządzają sprawą, bo nie mają pojęcia o edukacji…
Przez to nauczyciele nie są w stanie ogarnąć całości materiału i nauczyć wszystkiego, zwłaszcza gdy mają klasy 25-30 osobowe, w tym często mocno utrudniające funkcjonowanie klasy dzieci – a ich rodzice mają lekceważący stosunek do nauczycieli.

Druga sprawa to termin strajku, który został ustalony nie przez nauczycieli samych w sobie, ale przez „wspaniałe” związki zawodowe… a nauczyciele mają do wyboru siedzieć cicho i dać się poniżać – bo to już nawet nie o te pieniądze chodzi, co o szacunek do zawodu… albo zgodzić się na to, co związki wymyślą i w ten sposób przekazać swój głos.
Choć jestem całym sercem za nauczycielami, przede wszystkim tymi prawdziwymi i mocno pracującymi, to nie podoba mi się czas i sposób strajku… Nie tędy droga moim zdaniem.
To co zaproponowały związki zawodowe tylko pogorszy sytuację nauczycieli w oczach rodziców i społeczeństwa, a także uderza w dzieci, które niczemu winne nie są w tych sporach.
Są nauczyciele, którzy wierzą, że rodzice złość swoją przekierują na państwo, aby wreszcie coś zrobiło w sprawie nauczycieli. Ja niestety znając ludzi wiem, że podziała to zupełnie inaczej i znów oberwie się nauczycielom…

Przykre to, że ludzie są tak mało obiektywni, tak mało zorientowani w kwestii edukacji i zamiast stanąć po właściwej stronie i wesprzeć tych, którzy próbują kształcić dzieci i młodzież, to obracają się do nich plecami dając tym samym wyraz braku poszanowania dla czyjejś pracy, a tym samym pokazując rządzącym, że mogą olać sprawę nauczycielską… :(
Uwierzcie mi, że naprawdę nie wszystkim nauczycielom jest tak strasznie źle. Po prostu mają dość lekceważenia ich trudnej pracy, wymagające wiele sił, energii, pozytywnych wzmocnień i niesprawiedliwości. Mają też dość tego, jak wiele w ostatnim okresie czasu się im odebrało. Zachęcam was mocno do tego, abyście zaznajomili się ze zmianami, jakie nastąpiły w okresie ostatniego roku czy dwóch lat. Uwierzcie.... nauczyciele buntują się, bo zamiast dostać więcej, dostają mniej... warunki pracy są coraz trudniejsze, warunki awansów zawodowych również zmieniono i mocno utrudniono. I do tego co rusz wymyśla się nowe zasady, by ludzie na swoich stanowiskach musieli robić kolejne studia (w celu wydania kasy, bo na tych studiach jest wiedza, którą już często posiadają...) - już nowe plany zmian powstały w tym kierunku :/.

To, że zawsze znajdą się tacy, którzy będą narzekać na innych, którzy będą złorzeczyć na nauczycieli (podczas, gdy często sami niewiele robią w kierunku wychowania i edukacji swoich dzieci…), to oczywiste. Zawsze tak było, jest i będzie. Jednak ja pamiętam jeszcze czasy, gdy nawet jeśli rodzic nie lubił nauczyciela, to nie pozwolił dziecku źle o nim słowa powiedzieć. Mnie i moje rodzeństwo również w domu wychowywano tak, abyśmy szanowali nauczycieli. W sumie, to każdego mieliśmy szanować i tak jest ;). Jeśli przychodziłam ze szkoły zła, że zostałam niesprawiedliwie oceniona czy potraktowana (zdarza się najlepszym), to mama mówiła „Zastanów się czy nauczyciel nie miał racji” i był koniec dyskusji. Nauczycielowi, jak każdemu innemu dorosłemu należał się szacunek. Po latach, gdy już dorosłam dostatecznie dowiedziałam się, że niektórych nauczycieli moja mama szczerze nie lubiła tak samo, jak ja :P.
Uważam, że rodzice mają prawo być niezadowoleni, mają prawo psioczyć na nauczycieli, którzy nie wypełniają swoich obowiązków, ale nie przy dzieciach!!. Dzieci powinny wiedzieć, że niezależnie od sytuacji innego człowieka TRZEBA szanować!.
Jeśli nie nauczymy ich, że szanuje się drugiego człowieka, to nie będą szanowały i nas samych. Komentując w zły sposób innych ludzi w obecności dziecka, sami zaciskacie sobie pętlę na około własnej szyi. Bo dziecko dojdzie do wniosku, że skoro nie musi szanować nauczyciela, bo jego zachowanie mu się nie podoba, nie musi szanować pani w sklepie, bo tez mi się nie podoba jej wygląd, czy sposób bycia, to dlaczego ma szanować rodziców?. Przypominam, że każdy w pewnym momencie natknie się na czas, gdy jego dorastające dziecko będzie miało swoje poglądy i będzie mu się wydawało, że jest mega dorosłe i wszystko wie lepiej. Wtedy to uzna, że nie musi szanować rodziców, skoro według niego również zachowali się źle (tak, jak wcześniej nauczyciel czy sprzedawca).
To jednak już temat na inny raz. I tak się mocno rozpisałam :P

Pozdrawiam,
Agafi

niedziela, 30 grudnia 2018

W związku z nadchodzącym nowym rokiem ^^


Obiecałam, że przed nowym rokiem jeszcze do was napiszę i tak też czynię. Obietnic przecież łamać nie wolno!.
O czym będzie ten wpis?. Przede wszystkim o nadchodzącym nowym roku, ale i o minionym. O planach, marzeniach i wielu innych. Krótko mówiąc zwykły, przeciętny wpis blogera tuż przed nadchodzącym nowym rokiem ^^.

Minione dwa lata były dla mnie bardzo ważne, pełne cennych wspomnień, dokonań i spełnienia kilku marzeń. Przede wszystkim w roku 2017 narodziła się nasza druga córka, a trzecie dziecię, którego bardzo pragnęłam. Stoczyłam małą walkę by przyszła na świat, ale wszystko skończyło się po naszej myśli i teraz jest pełnym energii, cudownie rozwijającym się niespełna dwulatkiem. W roku 2018 zaś, jak wiecie dopięłam swego i założyłam własną działalność gospodarczą, którą teraz trzeba rozwinąć. To plan na rok 2019.

Jako fanka kultury japońskiej i dalekiego wschodu zawsze zwracam uwagę na to, jaki nadchodzi rok. Rok 2019 to chiński rok świni.


Co kojarzy mi się z tym rokiem?.
Przede wszystkim cyfra „9” jest moją ulubioną, więc wierzę, że z pewnością przyniesie mi wiele szczęścia ^^. Świnia zaś to stworzenie bardzo inteligentne i niedoceniane przez ludzi, choć staje się coraz bardziej popularna, a jej zalety wypływają na światło dzienne. To daje mi nadzieję, że tak, jak teraz i ja jestem mało popularna, ale z ogromem wiedzy i doświadczenia, to z czasem ludzie w końcu dostrzegą moje zalety i stanę się bardziej „rozpoznawalna”.
Ponadto świnia wszystkożerne i silne stworzenie pomoże w nowym roku przetrwać wszystkie trudności i niepowodzenia. Pożre wszelki stres, nieszczęścia i przeszkody postawione na drodze naszego życia.
Świnia zawsze kojarzona jest ze świnką skarbonką. To nieodłączny symbol oszczędności, zaradności i sukcesu. I tego się trzymajmy ^^.

Na nadchodzący nowy rok mam kilka planów, które mam nadzieję uda mi się spełnić. Nie chodzi nawet o to, by odniosły sukces, ale by zaistniały, czy też bym mogła ruszyć do przodu z planami, które ostatnimi czasy musiały przejść na dalszy plan. Choć jestem bardzo zadowolona z tego, czego udało mi się dokonać w tym mijającym roku, to jednak jest coś, co spędza mi sen z powiek. Jedno postanowienie, którego nie udało mi się spełnić, a które jest dla mnie bardzo ważne. Bardzo chciałabym, aby udało mi się wypełnić je w pierwszej połowie nowego roku i postaram się zrobić wszystko, aby tak się stało.
Trzymajcie za mnie kciuki i mobilizujcie do dalszych dokonań. Będę wdzięczna, jeśli za jakiś czas upomnicie się o to, aby dała znać, czy plany zostały wypełnione w należyty sposób. Ja zaś obiecuję, że każdym, nawet małym sukcesem podzielę się z wami bardzo szybko.

Nigdy nie robiłam i nie zamierzam robić list noworocznych obietnic, czy postanowień. Wszystko to mam zawsze w głowie i staram się nigdy nie obiecywać samej sobie zbyt wiele, ani rzeczy niemożliwych do wykonania. Jestem osobą, która wymaga od siebie bardzo wiele, często dużo więcej niż wymagam od innych. Nie chciałabym zatem czuć się źle z powodu nie wykonania powierzonych sobie zadań.
Ludzie, którzy mnie dobrze znają wiedzą, że jestem perfekcjonistką. To w połączeniu z wymogami wobec siebie i moją dumą powoduje z pewnością, że nie jestem osobą łatwą (wiem o tym), ale powoduje też, że zawsze i wytrwale dążę do wyznaczonych sobie celów. Niezależnie od tego ile czasu będzie na to potrzeba. Wyznaczanie sobie ram bywa często bez sensu. Lepiej postanowić sobie „Zrobię wszystko, co w mojej mocy”, „Zrobię tyle ile będę w stanie”, „Nie poddam się”. Tak rozpoczęte postanowienia z pewnością nie tylko ułatwią nam życie oraz ułatwią wykonanie i dotrzymanie ich, ale również nie zdołują jeśli pod koniec roku stwierdzimy, że czegoś nie udało nam się wypełnić w całości. Ważne będzie to, że dążyliśmy do tej „doskonałości”, że zgodnie z postanowieniami zrobiliśmy wszystko, albo wiele by było tak, jak tego chcemy. Wówczas zamiast czuć popadanie w „dół”, odczujemy dumę i radość, bo spełniliśmy przyrzeczenie.
Nie chodzi bynajmniej o to by wybronić się z nic nie robienia, o nie, nie!. Co to, to nie!. Lenistwa i nieróbstwa nie wytłumaczy nic. W takim wypadku nikt nie będzie mógł powiedzieć, że zrobił co było w jego mocy, ani że starał się jak mógł, ani nawet, że nie poddał się. Czyż nie?
Chodzi głównie o to, by nie stawiać sobie celów niewykonalnych, czy też trudnych do spełnienia. Chodzi także o to, aby postanowienia nie były nam ciężarem, ale pewnego rodzaju wyznacznikiem na przyszły czas.


Tak już jest, że utarło się, aby w sylwestra czy też przed nim stawiać sobie pewnego rodzaju „zasady” czy przyrzeczenia na nadchodzący nowy rok. Ale prawda jest taka, że takie postanowienia można tworzyć w różnych momentach: urodziny, ślub, narodziny dziecka, post. Każda okazja jest dobra do zmian. Nie ma nic złego w tym, że chcemy zmieniać się na lepsze, że chcemy wymagać od siebie czegoś więcej niż dotychczas. To daje nam poczucie, że stać nas na więcej, że możemy stworzyć sobie pewnego rodzaju szczęście, a nasze życie nie jest jednolite, szare i nudne.
Stwarzajcie „nowe” kiedy tylko macie na to ochotę, a ja zawsze będę mocno trzymać kciuki, aby udało się wam spełnić swoje postanowienia, a każdy nowy czas – w tym nowy nadchodzący 2019 rok – były dla was czasem lepszym, pełnym pozytywnych zmian i czasem pozyskiwania nowych, cudownych wspomnień!.
Wszystkiego najlepszego i spełnienia wszelkich marzeń na nowy rok życzę wam ja, wasza Agafi ^^.

Tymczasem kawałek, który udało mi się napisać w minionych dniach (wreszcie powróciło do mnie trochę weny i ciupka czasu ^^).
Ps. Nie jestem zachwycona tym, pewnie w wolnym czasie odrobinę zmienię to co napisałam(nie chodzi o sens, ten pozostanie bez zmian, chodzi mi o czytelność i odpowiedni dobór słów i zdań), ale co tam!. Byle do przodu ^^.



"Po kilku dniach wyszła ze szpitala i wróciła do domu Wiktora, do swojego pokoju i do zwyczajnego życia. Wiktor chciał, aby odpoczęła jeszcze kilka dni w domu, ale miała dość leżenia. Nie dała się usadzić. Zamierzała wrócić do pracy. Uważała zresztą, czego nie mówiła na głos, że już dość czasu Wiktor i Halina musieli pracować za nią. Zostawiła ich z cała pracą tak nagle. Musiało być im ciężko przez ten czas. Nie zamierzała dłużej na to pozwalać. Czuła się z tym źle. Chciała wszystko nadrobić i odciążyć tamtą dwójkę. 

Wtorek, 13.09


Minęło dość czasu by Anna mogła zacząć myśleć trzeźwo o zdarzeniach sprzed kilku dni. Wciąż ciężko było pogodzić się z tym, co ukazały jej wspomnienia, ale musiała zacząć przyzwyczajać się do tego. Zwłaszcza, że teraz czekały ją zeznania. Pierwsze już złożyła, najpierw w szpitalu, a potem oficjalnie na komendzie Marka. Teraz miała jeszcze przed sobą rozprawę w sądzie przeciw jej ojcu, któremu postawiono poważne zarzuty. Czasem nachodziły ją myśli, co poczuje, gdy go zobaczy. Czy będzie wiedziała, że to jej ojciec, czy też będzie dla niej zupełnie obcym człowiekiem. Tak, jak dotychczas, gdy o nim myślała. Jednak kiedy zagłębiała się zbytnio w takie rozmyślania, zaraz starała się je odgonić, zmienić temat w swojej własnej głowie.
Problem polegał na tym, że kiedy to robiła zaczynała myśleć o Arturze i jego zachowaniu. Wówczas narastała w niej coraz większa złość. Z początku była tak przytłoczona wracającymi, bolesnymi wspomnieniami, że nie myślała trzeźwo. Jak dawniej próbowała tłumaczyć sobie zachowanie innych i bronić ich. Przecież zawsze winna była ona. To wpajał jej ojciec przez te wszystkie lata wspólnego życia. Starała się też zrozumieć, że Artur ma poważną pracę, która wymaga od niego poświęcenia pewnych prywatnych spraw. Była w stanie zrozumieć i wybaczyć mu to, że nie pojawił się tamtego ranka i nie pojechał wraz z nią do jej rodzinnego domu. Jednak w jaki sposób miała zrozumieć i wybaczyć jego późniejsze zachowanie?. Czy naprawdę był aż tak zajęty, by nie znaleźć nawet kilku minut na telefon, albo choćby sms do niej, czy wszystko w porządku?. Wiktor również miał poważną pracę, zależało od niego zdrowie i życie innych istnień. W tym ludzi, bo przecież wielokrotnie pracował w przychodniach i szpitalach. Mimo to znalazł czas by się nią zaopiekować, był przy niej i wysłuchał w ciszy i spokoju. A on? Tłumaczyła mu, jak ważna to dla niej sprawa. Sam ciągle czepiał się jej, że niczego nie robi by odzyskać wspomnienia, zarzucał jej lenistwo i obojętność. Jakby zupełnie nie rozumiał, co to znaczy utracić życie, rodzinę i wszystko co się posiadało. Jakby zupełnie nie znał jej samej. Teraz, gdy coś poczyniła w tym temacie, gdy odzyskała część wspomnień, tak ciężkich do udźwignięcia, on zignorował to. Dla niego to zwyczajne „było minęło”. Czasami chciałaby, żeby to było takie proste, ale nie jest i nigdy nie będzie. Do tego bała się, że wraz z nowymi wspomnieniami może przyjść coś jeszcze, coś gorszego. Wtedy przechodziły ją ciarki.
Choć bardzo tego nie chciała, nie potrafiła uniknąć porównań między dwoma braćmi. Byli od siebie tak różni, pomimo podobieństw ciała i wyglądu zewnętrznego, wewnętrznie byli zupełnie jak dzień i noc. Przebywanie w domu Wiktora, a także obcowanie z innymi ludźmi w klinice czy znajomość z Markiem i podległymi mu policjantami pokazywała jej, że ludzie potrafią być dobrzy,że są w stanie dać więcej niż to, czego zaznała w przeszłości. Wszystko to pozwalało jej coraz mocniej wierzyć, że właśnie tak powinni zachowywać się ludzie. Nie jak jej ojciec, nie jak tamci podli porywacze i nie tak, jak zachowywał się Artur.
Coraz boleśniej odczuwała, że ich związek przestaje mieć jakikolwiek sens. Z czasem coraz bardziej zdawało się jej, że była dla niego tylko trofeum, kimś na pokaz przed innymi. Miała być wspaniałą, czułą i wyrozumiałą ozdobą przy jego boku. Odnosiła wrażenie, że była mu potrzebna tylko do spotkań z jego znajomymi, a także wtedy, gdy miał ciężki dzień czy spotkała go jakaś „niesprawiedliwość”, by mógł się wyżalić. Wiedział, że ona zawsze go wysłucha i będzie pocieszała „nie, to nie Twoja wina”, „Oni po prostu się mylą”, „Dasz radę, jesteś dzielny”, „Nie przejmuj się, stać Cię na dużo więcej” - te regułki znała już na pamięć. Powtarzała je średnio dwa razy w tygodniu. Nigdy się na to nie żaliła i nie przeszkadzało jej to dotychczas. W końcu wspieranie i pocieszanie innych wychodziło jej najlepiej. Łatwiej było wierzyć w dobroć i doskonałość innych, niż swoją własną. Zwłaszcza, że ona nie prezentowała sobą niczego szczególnego. Czasem miała wrażenie, że nie reprezentuje w ogóle niczego.
Teraz, gdy składała wszystkie myśli, zdarzenia i słowa w jedną całość zaczynała odczuwać niezadowolenie, ból i przeogromne zmęczenie powtarzającymi się schematami. A mimo to znów postąpiła tak samo, jak zawsze. Postanowiła dać mu jeszcze czas i szansę. Nie mogła powiedzieć, że nie czuje do niego zupełnie nic. Schlebiało jej jego zainteresowanie, była mu naprawdę wdzięczna za każdy komplement, każdy miły gest i słowo. Dotąd nikt się nią nie zachwycał, a przynajmniej nic jej nie było wiadomo na ten temat. Ale gdyby ktoś był, to chyba by jej szukał. Policja wiedziałaby, że jest ktoś do kogo mogą się zwrócić w jej sprawie. Niestety nikt taki się nie zgłosił, nikt jej nie szukał. Mało tego!, gdy policja rozpytywała o nią nikogo nie obszedł zbytnio jej los i utrata pamięci. A teraz, proszę! Tak przystojny, światowy, utalentowany i bogaty młodzieniec zainteresował się nią na tyle, by chcieć być jej partnerem, by się z nią spotykać i przedstawiać ją, jako swoją dziewczynę. Sama myśl o tym sprawiała, że uśmiechała się i czuła ciepło na sercu. Dlaczego miała z tego rezygnować?. Tak łatwo, bez walki i prób zmienienia tego co złe?. Życie nigdy nie jest proste, ani usłane różami. Aby coś w nim osiągnąć, aby poczuć szczęście trzeba dać z siebie wiele.
Nie chciała rezygnować z możliwości bycia w poważnym związku. Wmawiała sobie, że to chwilowe problemy. On musi dojrzeć, musi zrozumieć, jaki jest świat. Dotąd wszystko układało się po jego myśli. Ona mu pokaże, że w życiu czasem bywa pod górkę. Wytłumaczy mu, co to znaczy, gdy człowieka spotykają wielkie krzywdy, nauczy go walczyć o to co ważne. Pomoże mu się zmienić na lepsze. I zacznie od dzisiaj."

Pozdrawiam,
Agafi

sobota, 22 grudnia 2018

Cały rok, jak jeden dzień


Czas leci nieubłaganie, a im jesteśmy starsi tym mocniej odczuwamy jego bieg. Żadne to odkrycie, zapewne każdy z was o tym wie. Ja sama również nie zauważyłam tego dziś, lecz lata temu, jeszcze za czasów szkolnych, gdy byłam…, że tak pozwolę sobie potocznie określić tamten czas – gówniarzem ^^.
Dlaczego akurat teraz o tym piszę?. Otóż dlatego, że tak się składa iż 20 grudnia minął rok, odkąd założyłam ten blog i zamieściłam tu pierwszego posta. To zaś niesie ze sobą wiele różnych myśli. Tych dobrych, pozytywnych, ale i tych nieco gorszych, negatywnych i prowadzących do dalszych przemyśleń.
Choć nie zgromadziłam tu powalającej rzeszy fanów i nie zasypujecie mnie komentarzami (powinno mi to dać do myślenia?), to jednak jestem dumna z siebie samej, że wytrwałam i wciąż pomimo braku czasu i nadmiaru obowiązków pojawiam się, piszę i trzymam wyznaczonego celu. Nie poddaje się tak łatwo ^^. Wiem zresztą, że są osoby, które czytają moje wypociny, wywody i zmagania z myślami w moim orlim gnieździe ;).
Jasne!. Miłe komentarze budują. Gdybym choć od czasu do czasu przeczytała „dobrze prawisz”, „lubię Cię czytać”, czy choćby „jesteś spoko” byłoby to dla mnie niezwykle cenne i spowodowało uśmiech. Ale bez tego też da się żyć ;).
Bardziej jednak niż brak komentarzy i miliona odczytów martwi mnie upływający czas, a konkretnie, jak niewiele udało mi się w tym czasie pójść do przodu. Nie w życiu, nie, to nie to!. Tu uważam, że poczyniłam ogromny progres. Kursy, szkolenia, biznesplan, zdobycie dotacji i uruchomienie własnej działalności gospodarczej. Teraz nowe pomysły, nowe produkty, pierwsi klienci i ich pozytywne oceny ^^. To więcej niż mogłabym się spodziewać w tak krótkim czasie.
To wszystko jednak mocno przyhamowało moje pisanie. Oczywiście nie zrezygnowałam z żadnej mojej pasji, wciąż piszę (najczęściej po kątach – w poczekalni do lekarza, w autobusie jadąc na spotkanie z rodziną, przyjaciółmi – układanie w głowie planów, rozmów postaci, ich wygląd, ubiór, analiza każdego pojedynczego słowa i gestu). Mimo wszystko z pewnością sami zauważyliście, że rzadziej niż dawniej dodaję pod postem kolejną część swojej powieści. Mam jej dalszy ciąg, jednak w trakcie tworzenia doszłam do wniosku, że potrzeba uzupełnić ją pomiędzy „rozdziałami” i tu niestety utknęłam z powodu braku czasu, a raczej braku sił. Tu obietnica na nowy rok – Poprawię się!!. Będzie nie tylko ciąg dalszy, ale i coś innego, nowego. A może uda mi się zaskoczyć samą siebie i również w tej dziedzinie odniosę jakiś sukces?. Kto wie!.
Tak czy siak. Życie za krótkie jest i zbyt nieprzewidywalne by dawać za wygraną, zmieniać się w pesymistę i opadać w dół. Nie, to nie ja. Mam zbyt wojowniczy charakter ;). Jeśli znajdzie się ktoś kto powie „Nie dasz rady/ona nie da rady”, a odpowiem wewnętrznie „Ja nie dam rady?, to pacz!!”
Od dziecka miałam w sobie coś takiego, co kazało mi sprzeciwiać się większości. Czasem to dobrze, a czasem źle. Ale im więcej osób mnie do czegoś namawiało (mam tak do dzisiaj, więc uważajcie ^^), tym bardziej ja się zapierałam. Gdy działo się coś co mnie przytłaczało i miałam dość, szybko podnosiłam się i dumnie, z podniesioną głową szłam na przód. Powtarzałam sobie, że dam radę, że udowodnię swoją siłę. Ten upór został mi do dziś i zapewne zostanie na zawsze ^^. Taki już ze mnie ciężki przypadek, hehe. Ale mąż póki co jeszcze ze mną wytrzymuje :P

No to cóż mi pozostaje?.
Obiecuję uparcie prowadzić tego bloga, poprawiać się z dnia na dzień, aby było was tu (zadowolonych czytelników) coraz więcej. Przed nowym rokiem na pewno się jeszcze odezwę, dlatego póki co...
Na nadchodzące dni życzę wam zdrowych, spokojnych i rodzinnych świąt Bożego Narodzenia, błogosławieństwa Bożego i samych wspaniałości. Niech choinka cieszy wasze oczy, rodzina cieszy serca, a prezenty od Aniołka cieszą jedno i drugie ^^.

Pozdrawiam,
Agafi

środa, 12 grudnia 2018

Praca w domu: Wieczna praca czy wieczne wolne? + bieżące sprawy ^^


Ostatnio w sklepie znajomy mówi do mnie „ Dzisiaj wolne?”, odpowiadam mu, że ja przecież pracuję w domu, a on na to „Aaaaa, to cały czas masz wolne ;)”, na co zaśmiałam się i odpowiedziałam „Albo właśnie cały czas jestem w pracy ;)”. Również się roześmiał przyznając mi rację.
Praca w domu, to z pewnością coś, do czego nie każdy się nadaje. To praca, która wymaga od nas dużej samodyscypliny i dobrego gospodarowania czasem – zwłaszcza, gdy ma się dodatkowo dziecko/dzieci. A jeszcze jak to dzieciątko, czy jedno z nich jeszcze przebywa z mamą, tatą w domu, to dopiero jest wesoło ^^.
Apropos, przypomniało mi się, jak kiedyś pewien ksiądz powiedział do mnie „Pani to ma dobrze, wróci pani po pracy do domu i ma wolne”. Moja reakcja?… O_o. Odpowiedź była prosta „proszę księdza, ja mam w domu dzieci. To jest praca 24 h na dobę”. Każda mama powinna teraz powiedzieć „Amen”, co nie? ^^.
Osoby, które siedzą w domu z dziećmi wiedza, jak to jest zajmować się malcem, uczyć się ze starszymi i obsługiwać cały dom (sprzątać, gotować, prać, pracować, robić zakupy itp.). Zaś Ci, którzy pracują w różnego rodzaju biurach, firmach, agencjach itd. wiedza doskonale, jak to jest gry macie nawał pracy, papierów, rzeczy do zrobienia/wyprodukowania, do tego odbieracie telefony, email'e i sami również takowe wykonujecie/wysyłacie.
A teraz wyobraźcie sobie połączenie tego wszystkiego razem. Gdy macie coś do zrobienia, przygotowania, napisania, przeczytania, załatwienia, a koło waszych nóg lata takie małe kochane stworzenie, które co rusz woła „Mamusiu”, albo ciągnie was za ubranie/rękę/nogę (do wyboru ^^), gdy pasuje w międzyczasie zrobić pranie, ugotować obiad i jeszcze pomóc dzieciom w nauce przypilnować lub choćby sprawdzić zadania domowe. Oj, wesoło jest, wesoło, nie ma co ^^.

Zatem biorąc pod uwagę powyższe przychylam się raczej do sformułowania, że praca w domu, to jednak „wieczna praca”.

Jak to wygląda u mnie w chwili obecnej?.
Jestem po nieprzespanej nocy i porannej wizycie u lekarza, gdyż moja najmniejsza latorośl ma początki zapalenia oskrzeli... _-_ Najstarszy ma kolorowy zawrót głowy w szkole, bo w tym roku ferie mamy jako pierwsi w związku z czym już najpóźniej po świętach muszą mieć wystawione oceny. Co to oznacza?, kto nie ma dziecka w wieku szkolnym, niech wie, że to oznacza nic innego, jak zestawienie wszelkich sprawdzianów, kartkówek, prac i pytania w masakrycznej kumulacji ^^. Średnia tez ma kilka zaliczeń, choć to 1 klasa dopiero, ale jakoś dajemy radę.
Chwilę temu, gdy najmłodsze miała popołudniową drzemkę siedziałam z kubkiem gorącej czekolady z mlekiem, przygotowując regulamin i politykę prywatności na moją stronę internetową oraz dokonując na wspomnianej (stronie www) kilku zmian dla lepszej obsługi i czytelności ^^. Przede mną zaś piętrzą się przyszykowane do zszycia (wycięte z materiału szablony, otoczone szpilkami wraz z tasiemkami we właściwym miejscu) ozdoby choinkowe hand made, które miałam uszyć w weekend, a zastała mnie już środa… _-_
Żeby nie było, 7 sztuk już zszyłam, z czego 2 wymagały dużo pracy, bo są w kształcie pomykającego renifera ^^.
Dlaczego nie wykonałam pracy tak, jak to planowałam w weekend?. Bo po pierwsze syn miał masę nauki i innych spraw, po drugie w domu też było trochę do roboty, a po trzecie przygotowywaliśmy jeszcze z dziećmi ozdoby na konkurs plastyczny w szkole (tzn. syn i córka robili, a mama monitorowała i wspomagała w razie potrzeby ^^). No i trzeba było jeszcze zagospodarować czas dla rodziny. Staramy się co najmniej co kilka tygodni spędzać czas razem grając wspólnie w gry planszowe, bawiąc się lub robiąc seans firmowy ^^. W najbliższy weekend coroczna akcja „pierniczenia”, czyli robimy, wycinamy, pieczemy i zdobimy pierniczki świąteczne ^^(już chyba o tym pisałam na tym blogu?).

Tu poniżej zdjęcia wytworów pierworodnego(bombka) i drugorodnej(?)(choinka) na konkurs Bożonarodzeniowy ^^


To potraciłam czas na pisanie (bez urazy, bo zawsze chętnie coś dla was skrobię ^^), a teraz pora wrócić do szycia. Niestety ozdoby, które leżą przed moim nosem same się nie zszyją i nie wypełnią ^^’. Pochwalę się przy następnej okazji, albo zaglądajcie na moją stronę, gdzie was serdecznie zapraszam, a nuż coś wam wpadnie w oko i zechcecie zamówić jakiś drobiazg większy lub mniejszy ^^ – pracownia-artystyczna-agafi.pl

Pozdrawiam,
Agafi